Nawigacja Strona Główna
Autorka
Info
Spis Treści
Rozdział 01
Rozdział 02
Rozdział 03
Rozdział 04
Rozdział 05
Rozdział 06
Rozdział 07
Rozdział 08
Rozdział 09
Rozdział 10

Czytam
recommended
unwantedly
spustoszenie
laura swan
uninvited
collision
rideau

Oceny
nie przeklinam szekspirowskie
przysięgli
valuation opinions
krytyka
To ostatni rozdział opowiadania Epitafium. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam.
Informuję, że moje zgłoszenia na ocenialniach nadal są aktualne. Nie porzucam bloga, będę tutaj co jakiś czas zaglądać.
Miłego czytania.
Przebrałam się w wygodne dżinsy i zieloną koszulę z kołnierzykiem. Założyłam kozaki Emu oraz brązową, skórzaną kurtkę, pod którą zawiązałam wokół szyi kwiecistą apaszkę.
Gotowi do drogi wyszliśmy niezauważeni z domu i udaliśmy się na przystanek autobusowy.
Niespełna godzinę później znaleźliśmy się cmentarzu. Przekroczenie progu bramy zajęło mi dużo czasu. Skupiłam w sobie wszystkie siły, by uczynić krok na przód.
Byłam wdzięczna Adrianowi, że zaproponował mi wspólne przyjście na cmentarz, i to w środku nocy. Ale nie kryłam, że widok grobów napawał mnie ogromnym strachem.
– Pamiętasz, gdzie ona… no wiesz? – zapytał Adrian. Wiedziałam, że nie chciał palnąć głupstwa i wypowiedzieć słów, które mogłabym uznać za nietaktowne.
Kiwnęłam potakująco głową.
– Mhm.
Chociaż ostatni raz byłam na cmentarzu w dniu jej pogrzebu, pamiętałam, gdzie została pochowana. Pamiętałam każdy najdrobniejszy szczegół jaki wydarzył się przed pięcioma laty, w tamtym miejscu.

Ubrana w czarną sukienkę, czarny płaszcz, czarne lakierki i białe rajtuzy, stałam przed Nataszą, czując jej dłonie na swoich ramionach. Trzymała mnie w objęciu, starając się współuczestniczyć ze mną w tej tragicznej chwili.
Padał deszcz. Jak zawsze, gdy nadchodziły smutne momenty. Nasiąknięta wodą ziemia utrudniała wszystkim przybyłym zbliżenie się do metrowego dołu, do którego właśnie została spuszczana trumna. Zimnym, przenikliwym wzrokiem patrzyłam przed siebie, ignorując pocieszających i przyglądających mi się ludzi.
Właśnie straciłam najbliższą osobę. Jedyną osobę, z którą potrafiłam rozmawiać. Żadne kondolencje, nie mogły mi tego wynagrodzić.
Ile osób jeszcze zamierzało mnie porzucić? – zastanawiałam się tamtego dnia.
Miałam żal do wszystkich. Do ludzi, którzy prawie w ogóle jej nie znali, a udawali głębokie poruszenie, ocierając łzy z policzków, do ojca, który ani razu nie odwiedził mamy w szpitalu, do Nataszy, za to, że ją zdradziła, do lekarzy, że nie pozwolili mi oddać szpiku, do Niej, za to, że tak szybko mnie zostawiła.
Zebrani na cmentarzu goście zaczęli wrzucać do dołu białe kwiaty, mamrocząc przy tym swoje nic nieznaczące słowa.
Już wtedy rozumiałam jak bardzo obłudni są ludzie.
– Mayu, twoja kolej – powiedział ojciec, wręczając mi białą różę. – Musisz ją wrzucić do dołu.
Z obrzydzeniem spojrzałam na bezbarwny kwiat, po czym cisnęłam nim na ziemię, a następnie zdeptałam, mówiąc:
– Nie chcę.
Wyrwałam się z objęcia Nataszy i pobiegłam w kierunku wyjścia. Nie chciałam patrzeć na otaczające mnie kłamstwa. Nie chciałam patrzeć jak ostatecznie odchodzi ode mnie mama.
Kilkoro ludzi rzuciło się za mną w pogoni.
– Maya, czekaj! – krzyczeli.
– Dajcie jej spokój, to dla niej ciężka chwila. Potrzebuje przestrzeni – powiedział wujek Harry, a biegnący za mną ludzie zatrzymali się i zawrócili.
Znienawidziłam wtedy cały świat oraz wszystkie przedmioty martwe, które przypominały mi o chwilach spędzonych z rodzicielką.
Gdy wróciłam do domu, ostentacyjnie wrzuciłam skrzypce do futerału, a ten z kolei do kosza na śmieci.
– Nie rozumiem, czemu nie chciałaś zagrać na pogrzebie mamy. Na pewno, bardzo by ją to ucieszyło – powiedział ojciec.
Wiedziałam, że później odniósł skrzypce na strych, podobnie jak wszystkie rzeczy rodzicielki, które zarówno mnie jak i ojcu przypominały o jej obecności.
Tamtego wieczoru nie odezwałam się do nikogo. Milczenie trwało dwa lata. Jedyną osobą, która potrafiła je znieść, była Julia. Nie zostawiła mnie, chociaż na każde jej pytanie odpowiadała cisza.
Z roku na rok wypowiadałam coraz więcej słów. Wciąż jednak ojciec i Natasza byli przeze mnie ignorowani, a każde ich zdanie skierowane w moją stronę, zbywane zdawkowymi odpowiedziami.

Stanęłam przed grobem matki, choć nie od razu podniosłam oczy na napis wyryty w płycie pomnikowej.
Odetchnęłam.
Na marmurowej mogile spoczywały dwa zapalone znicze i nowe, kolorowe kwiaty, które ktoś musiał położyć jeszcze tego samego dnia.
Moje serce zabiło mocniej.
Epitafium na nagrobku głosiło:
Niech spoczywa pośród pięknych dźwięków miłości jej kochających rodziców, męża, brata i córki.
Zmówiłam pacierz, chociaż od dawna nie wierzyłam w Boga. Miałam jednak nadzieję, że moja mama, gdziekolwiek jest, jest szczęśliwa.
Musnęłam palcami nagrobek, po czym odeszłam ze szklącymi się oczami.

Staliśmy na przystanku przy opustoszałej drodze. Czekaliśmy na nocny autobus. Było pusto i ciemno. Nieprzyjemna mgła spowiła otaczające nas drzewa. Przeszedł mnie dreszcz.
Uśmiechnęłam się do Adriana, ignorując wcześniejsze uczucia smutku, po czym powiedziałam:
– Rozumiem, że Sylwestra też spędzasz z nami? To nawet lepiej – zaśmiałam się. – Jedna osoba więcej do odpalania fajerwerk.
Adrian spojrzał na mnie, marszcząc czoło. Wtedy westchnął, a gdy się odezwał, wyczułam w jego głosie przygnębienie.
– Maya – zaczął z wahaniem. – Nie będzie mnie tu w nowym roku.
Przestałam się uśmiechać – czekałam, aż powie coś więcej.
Świdrowałam oczami jego ciało na wylot, by wymusić dalsze usprawiedliwienia.
– Jak to ‘nie będzie cię’? – spytałam ze zdziwieniem, chociaż tak naprawdę wiedziałam co miał na myśli.
Nie odpowiedział od razu. Wolał uniknąć tego tematu. Teraz zrozumiałam, że gdyby nie moja propozycja, prawdopodobnie nigdy nie powiedziałby mi o swoich zamiarach. Znów dowiedziałabym się za późno o jego wyjeździe.
– Wracam jutro do Hiszpanii – wyjaśnił.
Słowo ‘jutro’ nigdy nie wydawało mi się tak smutne i tak raniące. Duszności, które udało mi się zwalczyć na jakiś czas, znów zaczęły powracać.
Dotarły do mnie wszystkie niejasności, które wcześniej pojawiły się w moim życiu.
Noclegi w hotelu, zmienianie tematu, sekrety. Cały jego niezapowiedziany powrót był zadziwiająco nieprawdopodobny. Teraz wszystko zaczęło układać się w jedną sensowną całość.
Wiedziałam, że jeżeli sama nie zapytam, nikt nie poda mi odpowiedzi na złotej tacy.
Gorące łzy pojawiły się w kącikach moich oczu.
– Więc dlaczego wróciłeś? – spytałam łamiącym się głosem.
– Maya… – powiedział ze znaną mi troską, wyciągając dłoń w moim kierunku.
– Nie dotykaj mnie! – krzyknęłam cofając się o krok. Odepchnęłam z pogardą jego rękę, po czym spojrzałam na niego z wyrzutem.
– Maya, proszę, nie chcę żeby to się tak skończyło. Kolejny raz?
Patrzył na mnie błagającym spojrzeniem, które w innych okolicznościach być może poruszyłoby moje serce. Teraz czułam do niego nieopisany wstręt, ponieważ okazał się być kimś zupełnie innym.
– Jedyną osobą, która może to zakończyć w ten sposób, jesteś ty. Więc nie miej do pretensji za swoje kłamstwa!
Odwróciłam się na pięcie. Nie miałam zamiaru dłużej oglądać jego twarzy i walczyć ze swoimi emocjami. Wszystkie poprzednie uczucia powróciły do mnie. Maya Wodnicka, z którą nauczyłam się żyć przez ostatnie pięć lat, znów zagościła w progach mojego ciała.
– Czy to cokolwiek zmieni, jeśli powiem prawdę?
– Proszę cię – prychnęłam. – Teraz już nic tego nie zmieni. Ze względów czysto estetycznych mogłeś być ze mną szczery!
Wziął głęboki oddech, po czym odparł ze stoickim spokojem:
– Natasza poprosiła mnie bym przyjechał.
Jeżeli wcześniej wydawało mi się, że łzy, które pojawiły się w kącikach moich oczu, palą, to byłam w głębokim błędzie. Tamto uczucie, w porównaniu z tym, które dopiero nadeszło, okazało się być niczym. Zastanawiałam się czy ktoś całkowicie odciął dopływ powietrza, czy to tylko moje osobiste wrażenie po usłyszeniu najgorszych w życiu słów. Porównywalnie złych do:
– Tak mi przykro, ona nie żyje.
Skrzywiłam się pod wpływem bólu, który poczułam w okolicach serca. Przyłożyłam dłoń do lewego żebra w nadziei, że to nieprzyjemne uczucie choć trochę zmaleje.
– No proszę – pomyślałam. – Kolejny raz Natasza dopięła swego.
Czułam się tak niesamowicie zażenowana, że pragnęłam by ziemia rozstąpiła się pode mną pochłaniając mnie w całości do środka.
– I pomyśleć, że ja głupia, uwierzyłam ci we wcześniejsze słowa – wymamrotałam z nadzieją, że nie usłyszał.
Nigdy nie czułam się tak upokorzona! W najlepszym przyjacielu odnalazłam obcą osobę. Osobę, która współpracowała z wrogiem.
– Dlatego zawsze powtarzałem, że powinnaś postarać się ich zrozumieć. Naprawdę martwią się o ciebie. Natasza zadzwoniła, kiedy znalazła w Internecie ofertę naszego pensjonatu. Stwierdziła, że to okazja, której nie można przegapić. Opowiedziała mi o wszystkim z dokładnymi szczegółami i doszła do wniosku, że jestem jedyną osobą, której zaufasz, której posłuchasz. Wiedziała, że jestem jedyną osobą, która może ci pomóc.
– Już nie – odparłam, po czym ruszyłam przed siebie. Byłam gotowa wrócić do domu na piechotę, byle tylko znaleźć się jak najdalej od Adriana.
– Daj spokój, Wodnicka, nie oszukuj samej siebie! – krzyknął obojętnie.
Nie zamierzałam się odwrócić. Świadomość, że zwrócił się do mnie po nazwisku, była tak raniąca i tak brutalna, że zanim zdołałam cokolwiek pomyśleć, potok gorzkich łez zalał moje policzki. Pewnym krokiem szłam przed siebie, marząc, by mroczna otchłań pochłonęła całą moją egzystencję.
– Oboje wiemy, że nadal masz problem! – mówił głośno, by upewnić się, że wszystkie jego słowa w dalszym ciągu są dla mnie słyszalne.
Kiedy znajdowałam się coraz dalej, a każde jego wykrzyczane słowo było na tyle ciche, że nie rozumiałam co mówi, poczułam nagły przypływ ulgi i jednocześnie rozczarowania.
Zwolniłam kroku, uzmysławiając sobie, że Adrian znajduje się poza moim zasięgiem.
Nerwowy śmiech wydobył się z moich ust, by chwilę później zmienić się w histeryczny płacz połączony z drżeniem całego ciała.
Kiedy nie miałam siły by iść dalej, dławiąc się połykanym powietrzem, wdychanym między spazmatycznymi szlochami, usłyszałam jak biegnie.
– To, że przyjechałem na prośbę Nataszy, nie oznacza, że zrobiłem to wbrew własnej woli! Jestem tutaj, bo chciałem cię zobaczyć i chciałem cię usłyszeć. Nie ty jedna cierpiałaś jedenaście lat temu.
Pokiwałam głową wciąż maszerując.
– Nawet jeżeli wiedziałabyś gdzie mnie szukać, przyznaj, że bez zaproszenia, wcale byś się tam nie pojawiła!
Jego słowa były głośne i wyraźne. Adrian znajdował się tuż za mną.
Gwałtownie stanęłam, odwróciłam się i wytknęłam oskarżycielsko palec wskazujący w jego kierunku.
– Nie masz pojęcia co bym zrobiła w innej sytuacji, więc nie oskarżaj mnie o popełnianie swoich własnych błędów! To nie jest wytłumaczenie!
– Nie zamierzam się przed tobą tłumaczyć! Nie potrzebuje tego. – Chwycił moją wyciągniętą dłoń. Zaczęłam się szarpać.
– Ale za to ty potrzebujesz mnie.
– Wcale, że nie! – protestowałam. Złapał ramię mojej drugiej ręki. – Puszczaj mnie! Brzydzę się tobą i twoimi słowami! Zaufałam ci, a ty to zniszczyłeś! Nienawidzę cię! – Usiłowałam wyrwać się z jego uścisku, który coraz bardziej przybierał na sile.
– Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! – dodałam cofając się o kilka kroków. Adrian nie dawał za wygraną. Wkładałam wszystkie swoje siły w próbę wyswobodzenia się z jego objęć.
– Puszczaj mnie! – powtórzyłam, chociaż moja energia była na wyczerpaniu. Nie miałam w sobie wystarczająco dużo wytrzymałości. Byłam wykończona zarówno fizycznie jak i psychicznie. Chciałam żeby ktoś wyręczył mnie z życia.
– Nienawidzę cię – przypomniałam. Ostatnimi siłami starałam się wyrwać z jego rąk. Okładałam go pięściami, odpychałam, a nawet spoliczkowałam. Ale jego brak rezygnacji i pewność siebie była tak ogromna, że szamotanina, do której doszło, to dla mnie nic innego, jak walka z wiatrakami.
Po raz kolejny zacisnął palce na moich ramionach, i obrócił mnie z taką szybkością, że nie zdążyłam tego nawet zarejestrować. Całą swoją siłą przycisnął mnie do najbliższego drzewa w dalszym ciągu nie zwalniając uchwytu.
– Nienawidzę – wyszeptałam. Byłam na wyczerpaniu emocjonalnym i przestało mi na czymkolwiek zależeć.
– Potrzebujesz.
Wtedy oparł swoje czoło na moim ramieniu. Mogłam wyczuć jego oddech na własnym dekolcie. Przestałam się szarpać. Gwałtowność moich wrażeń i doznań zmalała. Czułam tylko bezkresny smutek na myśl, że po raz kolejny stracę swojego najlepszego przyjaciela.
Jego męskie ramiona odgradzały mi drogę ucieczki, ale ona wcale nie była mi już potrzebna. Nie chciałam jej. Pragnęłam przyciągnąć go jeszcze bliżej siebie i nie wypuszczać z ramion aż do końca świata.
Obawiałam się dnia następnego i świadomości o jego odejściu.
Zarzuciłam ramiona na jego szyję i znów poczułam ten męski zapach.
– Chcę żebyś pojechała ze mną – wyszeptał mi do ucha. – Nie teraz. Wiem, że masz szkołę. Ale pragnę, żebyś do mnie dołączyła, jeżeli tylko jesteś na to gotowa.
Zamknęłam oczy. Jego oddech łaskotał mój kark, i moje ucho, ale było to tak przyjemne łaskotanie, że odczuwałam rosnący we mnie żar pozytywnych uczuć.
– Daję ci czas na podjęcie decyzji. Są chwile, kiedy wszystko zaczyna się układać, i kiedy myślę, że cię odzyskałem, ale wtedy zawsze wraca nowa Maya Wodnicka. Rozumiem dlaczego tak się dzieje, ale nie tę Mayę pokochałem przed laty, i nie tę Mayę przyjechałem odwiedzić. Nie będę czekał wiecznie, bo życie z tobą jest ryzykowne. Ale daję ci czas, ponieważ ja również cierpiałem, kiedy cię straciłem, i nadal cierpię, gdy widzę, że tamta osoba przestaje istnieć. Więc jeśli to tylko możliwe, proszę cię, chcę Moją Mayę z powrotem.
Co on sobie myślał? – zastanawiałam się przez chwilę. Porzuca mnie, a później ma pretensje, że pod wpływem okrutnych wydarzeń z mojego życia, zmieniłam swój stosunek do świata?
Ale, z drugiej strony, ja sama nienawidziłam tak bardzo swojej nowej osobowości, że czasami pragnęłam doszczętnie się jej pozbyć. Nie miałam wystarczająco motywujących czynników i wystarczająco dużo samozaparcia, by tego dokonać. Zdecydowanie łatwiej było mi przestać się starać i udawać centrum wszechświata.
Słowa Moja Maya poruszyły, skrywaną gdzieś głęboko część mojego serca i poczułam się, jakby ktoś wypuścił mnie na wolność po latach trzymania w ciemnym i ciasnym pomieszczeniu.

Nie wiem jak długo trwaliśmy w bezruchu pod przydrożnym drzewem, i nie wiem, kiedy Adrian zadzwonił po taksówkę. Chwila, w której wpakował mnie do środka samochodu i podał kierowcy mój adres zamieszkania była tak odległa, jak ta, w której widziałam jego smutną twarz na tylnym siedzeniu czarnego Audi, jedenaście lat temu.
Dopiero, gdy nad ranem wróciłam do domu, dotarło do mnie, że był to ostatni raz, kiedy go widziałam. Przypomniałam sobie wszystkie jego słowa, które błagalnym tonem wyszeptał mi do ucha.
Pragnęłam do niego dołączyć, chciałam go znowu zobaczyć, ale wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę byłaby to dobra decyzja?
Jak wspomniał, życie ze mną jest ryzykowne. Na tyle ryzykowne, że nie raz wzajemnie wyrządzalibyśmy sobie krzywdę i łamali serca. Wiedziałam, że nie spotkam na świecie drugiej, tak bliskiej mi osoby, tak pokrewnej duszy, która potrafi odgonić złe myśli jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Mogłam wybrać wieczną samotność, lub skok na głęboką wodę, z pełną świadomością, że nie raz wyrządzę krzywdę ukochanej osobie. Nie chciałam nikogo ranić, więc żeby ostatecznie podjąć decyzję, musiałam odnaleźć własne ja, które zgubiłam podczas wędrówki długą i krętą drogą.
Spojrzałam na blat biurka, gdzie od kilku dni spoczywało małe pudełeczko, zapakowane w papier ozdobny. Uśmiechnęłam się słabo i odpakowałam świąteczny prezent. Moim oczom ukazał się śliczny naszyjnik z sylwetką aniołka służącą za przywieszkę. Do srebrnego łańcuszka dołączona była karteczka z liścikiem, głoszącym:

Następne jedenaście lat?
Oby nie. Pamiętaj, którą drogą powinnaś iść.
Twój Adrian.

Adrian był moim aniołem stróżem. Pojawił się w chwili, w której nawet wątpliwości stały się wątpliwe i pokazał mi, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Dzięki niemu odzyskałam marzenia oraz chęć życia.
Miałam plan, nowy plan, który zamierzałam zrealizować. Pozostawało mi jednak nic innego, jak czekać, kiedy szkoła dobiegnie końca.