Nawigacja Strona Główna
Autorka
Info
Spis Treści
Rozdział 01
Rozdział 02
Rozdział 03
Rozdział 04
Rozdział 05
Rozdział 06
Rozdział 07
Rozdział 08
Rozdział 09
Rozdział 10

Czytam
recommended
unwantedly
spustoszenie
laura swan
uninvited
collision
rideau

Oceny
nie przeklinam szekspirowskie
przysięgli
opinions
krytyka
Powrót

Poranek, dziewiętnasty stycznia.
Ten dzień od samego początku nie zapowiadał się pozytywnie. Wraz ze wschodem słońca wiedziałam już, że nie będzie zaliczał się do najprzyjemniejszych.
Było zimno, wietrznie, a ja, jakby na przekór samej sobie ubrana byłam niestosownie do pogody. Dobry wygląd bez względu na samopoczucie czy okoliczności, to motto, które ciągnęło się za mną przez bardzo długi okres życia. Mróz, który powodował, że moje kości odmawiały posłuszeństwa nie był wtedy jedynym wrogiem. Z pustym żołądkiem oraz resztkami energii, usiłowałam dojść do najbliższej cywilizacji. Czułam, że wszystkie siły wykorzystałam podczas wcześniejszej imprezy, a skutki ostrej libacji coraz bardziej dawały mi się we znaki. Odnosiłam wrażenie, że już nigdy nie poczuję w sobie pełni wigoru.
Szłam wzdłuż szosy, na bosaka, przeklinając wszystkie odciski na piętach oraz bezlitosnych kierowców, którzy nie zatrzymali się by podwieźć mnie do miasta. Zdawałam sobie sprawę, że po nieprzespanej nocy cuchnie mi z buzi i jedyne o czym marzyłam podczas tej niekończącej się podróży, to gorąca kąpiel wśród aromatycznych olejków. Chociaż ciałem byłam kilka kilometrów poza domem, duchem już rozczulałam się w przytulnej, ciepłej łazience. Wydawało mi się, że skupiając wszystkie swoje myśli na pozytywach, uda mi się w miarę szybko i bezboleśnie dojść na Aleję Róż.
Gdy wreszcie opuściłam pustkowia i dotarłam do obrzeży miasta, wsiadłam do jedynego tramwaju jaki kursował ulicą Warszawską i opadłam ciężko na twarde siedzenie opierając półprzytomnie skatowaną głowę na poręczy. W wagonie oprócz mnie i starszej pani nie było nikogo. Chociaż tramwajowe siedzenia zawsze według mojego uznania były niewygodne, teraz wydawały mi się szczytem komfortu. Przeczesałam włosy krzywiąc się z niesmakiem na myśl o tym w jak bardzo opłakanym są stanie.
Ciekawiło mnie do jakiego stopnia posunęłam się tego wieczoru. Pod znacznym wpływem alkoholu byłam w stanie zrobić niemal wszystko, nawet po dokładnym uwzględnieniu konsekwencji jakie mogłyby nastąpić. Mimo wszystko, nie obchodziło mnie to. Mój koszmar ciągnął się przez kilka lat, dlatego też zależało mi jedynie na tym by przeżyć kolejny i kolejny dzień, nie ważne w jaki sposób. Rodzina albo w rzeczywistości nie dostrzegała moich notorycznych zniknięć albo po prostu pozostawała na to obojętna. Bez względu na to jaka była prawda, nie zamierzałam niczego zmieniać.
Z ekstrawaganckiej nocy miałam niepełne przebłyski wydarzeń; alkohol, papierosy, wydane pieniądze oraz zmieszany z nieprzyzwoicie dużą ilością wódki zapach męskich perfum, który drażnił moje nozdrza.
– Daj spokój – powiedział przypierając mnie do ściany. Pochylał się i jednocześnie odgradzał rękami moją drogę ucieczki. Był blisko, zbyt blisko, ale zawsze dawałam sobie radę w podobnych sytuacjach.
Nie miałam odwagi stchórzyć i wtedy, chociażby ze względu na własne ambicje oraz poczucie wyższości.
Uniosłam brwi do góry rzucając mu tym samym pogardliwe i pewne siebie spojrzenie. Wypuszczając z ręki pełną piwa szklankę, czekałam aż nastąpi trzask, rozniesie się dźwięk tłuczonego szkła, a on przeklnie pod nosem czując ból spowodowany naciskiem ciężkiego naczynia, niemiłego zapachu, a także nieprzyjemnej wilgoci na nogawkach.
– Sorry – mruknęłam unosząc kpiąco kącik ust. – Następnym razem mierz siły na zamiary.
Nie bałam się ich. Wręcz przeciwnie. Wywoływali we mnie uczucie żalu. Ale mimo wszystko, na wszelki wypadek, w tylnej kieszeni dżinsów nosiłam składany scyzoryk. Nigdy nic nie wiadomo. W końcu byłam jedynie dziewczyną.
Odeszłam, jak zawsze. Zapisując w pamięci kolejną ofiarę losu, która próbowała, ale nie dała rady.
Podobnych typów było niezliczenie wiele. Wszyscy zachowywali się jak według ściśle określonego schematu. Przewidywalni, sztuczni mucho macho.
Wytoczyłam się z tramwaju na ulicę i przeklęłam w duchu, że tak daleko od przystanku stoi mój dom. Włożyłam uwierające buty na nogi i ruszyłam chwiejnym krokiem przed siebie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że im szybciej będę szła, tym szybciej dotrę do domu.
Oparłam się całym ciężarem ciała o stabilną bramę zakończoną kanciastym grotem i nabrałam do płuc powietrza. Czułam jak coś wysysa mój żołądek od środka i przez chwile zwątpiłam czy zdołam dojść na czas do łazienki. Suche powietrze utrudniało mi oddychanie, co naprawdę nie było miłym uczuciem zważywszy na to, że i tak z pragnienia miałam już spierzchnięte wargi oraz szorstki język. Pchnęłam z całej siły furtkę przekraczając tym samym próg posiadłości i na palcach podbiegłam do ciężkich, mahoniowych drzwi. Wygrzebałam z dna torebki pęk kluczy po czym, starając się zachować ciszę, przekręciłam zamek. Ostrożnie wspinając się po schodach, unikałam jak tylko się da niespodziewanego zgrzytu drewnianych stopni. Skierowałam się prosto do swojego pokoju mijając po drodze sypialnię ojca, której uchylone drzwi krzyczały do mnie raniącym obrazem. Zawsze starałam się traktować to gestem obojętności. Płomiennorude włosy rozsypane na poduszce były jak fluorescencyjne flamastry, którymi niegdyś zdobiłam ściany uważając swe bazgroły za dzieło sztuki. Zignorowałam pustą rzeczywistość ciągnącą się od dawna i weszłam do swojego pokoju. Skórzaną kurtkę rzuciłam niedbale na fotel stojący przy biurku, a niewygodne buty zgarnęłam stopą pod łóżko. Ciężko odetchnęłam ciesząc się w duchu z chwili, której tak wyczekiwałam, od chwili, w której wyszłam na opustoszałe ulice miasta głowiąc się ile zajmie mi powrót do domu. W wyobraźni już czułam przyjemny zapach olejków i gorącą wodę pieszczącą moje ciało. I nagle ogarnęła mnie fala niepokoju, gdy zdałam sobie sprawę, że w sypialni nie jestem sama. Ponieważ ojciec leżał w łóżku otoczony wątłymi, kobiecymi ramionami, nie mógł gościć w moich czterech ścianach nikt z domowników. Instynktownie sięgnęłam do tylnej kieszeni dżinsów po dodający mi bezpieczeństwa scyzoryk i zwinnym ruchem rozkładając go, wyciągnęłam dłoń w kierunku intruza.
– Kimkolwiek jesteś, masz stąd natychmiast wyjść! – powiedziałam skupiając się na tym, by nie zadrżał mi głos. Nie chciałam ukazywać strachu i słabości, w końcu zawsze byłam odważna. Z mrocznego zakamarka pokoju wyłoniła się zgrabna sylwetka nieproszonego gościa dając mi okazję, by dokładnie mu się przyjrzeć. Niemrawe promyki słońca oświetliły jego twarz omal nie przyprawiając mnie o zawał serca. Ujrzałam przed sobą ciemne, idealnie ułożone włosy, których efekt był najprawdopodobniej wynikiem wielogodzinnej, mozolnej pracy, oraz jedyne w swoim rodzaju przejrzysto-niebieskie oczy z wszędzie rozpoznawalnym znakiem. Cienka, pionowa kreska w odcieniu fioletu ciągnęła się od źrenicy aż po oprawę tęczówki sprawiając efekt boskiej tajemniczości.
– Czekałem na ciebie, bonita – powiedział z towarzyszącym mu frywolnym uśmieszkiem.
Te słowa sprawiły, że moje serce zaczęło pracować na szybszych obrotach, a nozdrza rozszerzyły się do granic możliwości.
– To ty – wyszeptałam głucho, a scyzoryk wypadł z mojej dłoni lądując ciężko na podłodze.
Myślami powędrowałam w odległe czasy, które dawno wyrzuciłam ze swojej pamięci. Wróciły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wprawiając mnie w uczucie rosnącego żalu i rozpaczy.


– Maya, skarbie, otwórz drzwi – poprosiła rodzicielka wycierając ubabrane od mąki dłonie w kuchenną ścierkę. Pobiegłam do przedpokoju i wspięłam się na palce by dosięgnąć klamki.
– Dzień dobry – usłyszałam chłopięcy głos brzmiący jak najpiękniejsza na świecie melodia.
– Dzień dobry – odparłam nieco zmieszana. Widząc nieznaną mi osobę, która uśmiechała się do mnie przyjaźnie, poczułam jak moje policzki oblewają się pokaźnym rumieńcem niczym soczysta brzoskwinia.
– Nazywam się Adrian Prusky, mam sześć lat i mieszkam tu od niedawna – powiedział. – Czy chcesz się ze mną pobawić?
Otworzyłam usta by udzielić odpowiedzi, chociaż sama nie wiedziałam jakiej. W tej samej chwili do przedpokoju weszła rodzicielka pytając:
– Mayu, kto przyszedł?
Widząc małego chłopca, uśmiechnęła się promiennie i zaprosiła go do środka.
– Czy mogę pobawić się z pani córką? – spytał ponownie. Mama spojrzała na mnie podejrzliwie krzyżując ramiona na wysokości klatki piersiowej.
– Cóż – zaczęła niepewnie. – Jeżeli Maya nie ma nic przeciwko, czemu nie?
Wyszczerzyłam ząbki w szczerym uśmiechu i uścisnęłam rodzicielkę.
– Ale masz wrócić na obiad – pogroziła mi palcem skrywając swe rozbawienie.
Założyłam czarne lakierki i wyszłam na dwór.
– Ile masz lat? – spytał, gdy szliśmy sami wzdłuż chodnika. W geście odpowiedzi wyciągnęłam przed siebie dłoń pokazując wszystkie pięć palców.
– A mówić umiesz? – Tymi słowami wywołał na mojej twarzy kolejny intensywny rumieniec.
Pokiwałam głową roztrzepując złociste loki ujarzmione opaską.
– Chodź, pokażę ci coś – powiedział ciągnąc mnie za rękaw sukienki.
– Dokąd? – Odważyłam się zadać to pytanie, gdy spostrzegłam, że jego plany obejmują obszar większy niż brukowana ulica przed domkami jednorodzinnymi.
– Do parku.
– Nie wolno mi tam chodzić – odparłam, zatrzymując się stanowczo na środku jezdni. – To za daleko.
– Nie słyszałaś nigdy o tym, że zakazy są po to by je łamać?
Spuściłam głowę w dół, zasłaniając włosami twarz.
– No chodź. Obiecuję, że rodzice się nie dowiedzą. – Posłał mi kolejny onieśmielający uśmiech zachęcając tym samym bym mu zaufała i poszła tam, gdzie chciał.
Poszłam.
Przez całą drogę milczałam, on natomiast wykazywał nadzwyczajny słowotok i chęć zapoznania się ze mną. Usłyszałam całą jego historię, od narodzin począwszy, na przeprowadzce do Łodzi skończywszy. Urodził się w Holandii, w małym miasteczku Laren, jego matka była Polką, a ojciec Belgiem. Gdy skończył roczek przeprowadzili się do Warszawy, gdzie dorastał, wychowywał się i uczył języka polskiego. Przed tygodniem znudzeni nadmiernym gwarem jaki panował w stolicy, zdecydowali się przenieść do nieco mniejszej metropolii, i tak właśnie zamieszkali na Alei Róż, po przeciwnej stronie mojego domu.
– Nigdy tu nie byłaś? – zapytał widząc moje zdziwienie na twarzy, gdy dochodziliśmy do stawu.
– Byłam. Ale nie sama.
– Nie jesteś sama. Jesteś ze mną.
Tym razem to ja uśmiechnęłam się miętosząc jednocześnie rąbek sukienki.
Poszliśmy dalej, on prowadził. Stawiał pewne siebie, nonszalanckie kroki, miał błogi i beztroski wyraz twarzy. Nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, że mieszkał w Łodzi zaledwie od tygodnia. A jednak.
– Założę się, że nie wiesz o istnieniu placu zabaw, który jest w głębi lasu.
– W głębi lasu? – powtórzyłam z lękiem.
– Są tam duże huśtawki i mnóstwo trawy – powiedział.
– Kłamczysz.
– Nie kłamczę.
– Na pewno?
– A po co miałbym?
– Nie wiem – odparłam zrezygnowana.
– Podzielę się z tobą moją tajemnicą jeśli mi zaufasz. Ufasz mi?
Potaknęłam ruchem głowy.
– Więc chodźmy szybciej – ponaglił.
Weszliśmy na ścieżkę, której nigdy wcześniej nie widziałam. Ścieżkę, która coraz bardziej kryła się w gęstym lesie. Kiedy odkrył ten plac zabaw? Kiedy sam szedł wzdłuż tak odludnego miejsca?
– Daleko jeszcze? – spytałam pragnąc zagłuszyć przerażającą ciszę.
– Nie, już prawie jesteśmy.
Szelest wśród drzew przyprawił mnie o gęsią skórkę.
– To tylko wiewiórka – powiedział mierząc mnie litosnym spojrzeniem, gdy zacisnęłam kciuki odsuwając się na bok i potykając jednocześnie.
Skręciliśmy w jeszcze mniejszą ścieżkę, na której końcu zaczęły prześwitywać gałęzie drzew ukazując tym samym plac zabaw, o którym wspominał Adrian.
– O rany! – krzyknęłam widząc ogromne huśtawki.
– Poczekaj! – zawołał za mną zanim zdążyłam do nich dobiegnąć.
Skierował się w stronę drewnianego domku stojącego nieopodal.
– Przecież tam może ktoś mieszkać!
– Co z tego? – Zaśmiał się. Wszedł po drewnianych, wątpliwej jakości schodkach i zniknął z moich oczu za ciągnącym się tarasem.
Rozejrzałam się dookoła. Byłam sama, na zapomnianym placu zabaw, w środku lasu, cichego, głuchego, ale przede wszystkich pustego.
– Adrian?
Żadnej odpowiedzi.
Po dłuższej chwili wyczekiwania i niepokoju wyłonił się zza barierki trzymając w dłoniach puszystego kociaka.
– Patrz. Możesz go pogłaskać – powiedział wręczając mi zwierzę.
– Jest uroczy – przyznałam. – Jak się nazywa?
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Nie jest mój. Właściwie, to jest niczyj. Znalazłem go kilka dni temu i nakarmiłem.
– To chłopczyk czy dziewczynka?
– Sama stwierdź.
Ale ponieważ nie umiałam, ułożyłam usta w podkówkę i postawiłam kotka na ziemię. W chwili, w której jego łapki dotknęły stałego lądu, twardego gruntu, z zadziwiającą prędkością czmychnął w kierunku drzew.
– I co narobiłaś? – spytał oschle Adrian mierząc mnie wrogim spojrzeniem. – Teraz musimy go znaleźć.
– Wcale nie musimy, przecież nie jest twój – odparłam starając siłą woli wbić się mocniej w ziemię, tak, by nikt mnie nigdzie nie ruszył.
– Ale może należy do kogoś kto mieszka w tym domu? No chodź, bo sam go będę szukał i cię tu zostawię – pogroził.
– Nie zrobisz tego.
– Właśnie, że zrobię. Nie bądź taka uparta, i poszukaj kota ze mną.
Po raz kolejny, za moimi plecami coś zaszeleściło w lesie.
– Okej – westchnęłam.
Ruszył w kierunku pierwszego gąszczu. Skradał się na palcach i wyszukiwał zwierzaka.
– Przecież możesz normalnie chodzić – zauważyłam.
– Ciii – odwrócił się gwałtownie w moim kierunku przykładając do ust palec wskazujący. Chwilę później kiwnął dłonią przywołując mnie w ten sposób do siebie.
– Koty są bardzo sprytne i zwinne, musimy go przechytrzyć – powiedział.
– Masz jakiś plan? – spytałam.
Uśmiechnął się filuternie, po czym uderzając pięścią w klatkę piersiową z zamkniętymi oczami, odparł:
– Ja zawsze mam głowę pełną pomysłów.
– Więc wszystko w twoich rękach – oznajmiłam.
Podążając za nim wśród nieznanego mi dotąd lasu straszącego pustką i głuszą, zaczęłam się zastanawiać, w którym momencie Adrian tak dobrze zapoznał się z miejscem będącym dla mnie jedynie przerażającą puszczą. W którym momencie, zaczął poruszać się po nim tak, jak po własnym domu? Wszystkie zwierzęta i rośliny zdawały się być jego sprzymierzeńcami.
Pomimo pięciu lat czułam, że w towarzystwie Adriana nic mi nie grozi. Że mogę z nim pójść na drugi koniec kniei z zawiązanymi oczami.
Zwolnił kroku i zaczął nasłuchiwać skąd dobiega kolejny szelest wśród zarośli.
– Słyszysz to? – spytał szeptem.
Przez chwilę starałam się zrozumieć o co mu chodzi. Co miałam usłyszeć?
Pokiwałam przecząco głową.
– Ale ja tak – oświadczył. – Jest gdzieś w pobliżu. Musimy być uważni.
W chwili, w której wypowiedział te słowa, poczułam jak coś ociera się o moje kostki. Nieprzyjemny dreszcz przeszył mnie na wskroś, a minę miałam taką jak w dniu, gdy pierwszy raz postanowiłam ugryźć cytrynę. Adrian spojrzał w dół, na przyczynę mojego niepokoju i uśmiechnął się szeroko. Byłam znieruchomiała, sparaliżowana, dlatego nawet nie powędrowałam za nim wzrokiem, kiedy schylał się ku moim stopom.
– Popatrz, nasza mała zguba się odnalazła – zawołał podnosząc futrzaka.
Kamień spadł mi z serca i głośno odetchnęłam.
– To dobrze. A czy znasz drogę powrotną?
Przestał się uśmiechać. Zamiast tego, w głębokim namyśle obserwował prześwitujące przez korony drzew promyki słońca. Po chwili, znów nabrał pewności siebie i rzekł:
– Oczywiście. Chodźmy tędy.
Nie miałam innego wyjścia jak podążać wyznaczoną przez niego trasą. Skoro tak swobodnie poruszał się w tym lesie, musiał go znać co najmniej dobrze.
– Akurat zdążysz na obiad – dodał po chwili rzucając mi kolejny szeroki uśmiech.
– Mam nadzieję.
– Ale najpierw odstawmy go do domu – zarządził.
Gdy szliśmy brukowaną uliczką ręce trzymał w kieszeniach i szczerzył się do siebie wystawiając twarz w kierunku słońca jakby łaknął każdego promyka, jakby każdy promyk zaważyć miał na jego opaleniźnie. Miał przy tym minę świadczącą o radości, spełnieniu i opanowaniu. Był wyluzowany, taki, jaką ja nie potrafiłam być przez czternaście lat mojego życia.
– Nie było tak strasznie, prawda? – odezwał się w końcu przerywając ciszę. Miał zamknięte oczy i wcale nie czekał na odpowiedź. Znał ją. Ale mimo wszystko postanowiłam, że dam mu satysfakcję. Przytaknęłam.
– Jutro też się pobawimy? – zapytałam, gdy doszliśmy pod drzwi mojego domu.
– Jeśli chcesz, to jasne.
– Jasne jak słońce – zaświergotałam i odwróciłam się na pięcie rzucając dodatkowo na pożegnanie:
– Pa, pa, Adrian.
– Pa, pa, Maya – odparł.
Następnego dnia, wczesnym popołudniem, ponownie usłyszałam dzwonek do drzwi. Tym jednak razem wiedziałam kogo mam się spodziewać.
– Maya, czy to twój nowy kolega? – spytała rodzicielka widząc mój nienaturalnie szeroki uśmiech, gdy odgłos domofonu rozniósł się echem w całym salonie.
– Chyba.
– Chcesz się z nim pobawić?
Pokiwałam głową ukazując rząd śnieżnobiałych ząbków.
Rodzicielka wstała z kanapy, włożyła na stopy góralskie bambosze i odłożyła magazyn kulinarny na stolik.
– Więc chodźmy.
Poczłapałam za nią do przedpokoju, gdzie w momencie, w którym otwierała drzwi, skryłam się za jej zwiewną, białą spódnicą.
– Miło cię widzieć, młody nieznajomy – powiedziała uprzejmie do małego chłopca po drugiej stronie progu.
Wyjrzałam nieśmiało zza jej pleców i ujrzałam mojego nowego przyjaciela. Miał jasne, niebieskie oczy i brązowe włosy, które przez dziwne zmierzwienie śmiesznie sterczały na jego głowie. Uśmiechał się, tak jak miał w zwyczaju, w charakterystyczny dla niego, łobuzerski sposób.
– Nazywam się Adrian Prusky – powiedział. Tym razem jednak te słowa nie były skierowane do mnie, a do rodzicielki. – Już nie jestem młodym nieznajomym, prawda?
– Prawda – zachichotała. – Pamiętaj, Mayu – zwróciła się do mnie. – Wróć na obiad i nie odchodź daleko.
Pokiwałam głową, chociaż wiedziałam, że w przypadku zabawy z Adrianem to niemożliwe. Jakkolwiek bym nie próbowała przemówić mu do rozsądku i tak wykorzysta przeciwko mnie słowa: zasady są po to by je łamać.
Ponieważ nie chciałam by uważał mnie za mięczaka i beksę, wolałam posłuchać jego zaleceń z dziwnej, dziecięcej filozofii.
W całej, mojej pięcioletniej egzystencji, to on pierwszy pokazał mi czym jest dreszczyk emocji i małoletnia adrenalina. I w gruncie rzeczy, musiałam przyznać, że zaczynało mi się to podobać.

Mijały dni, tygodnie, wakacje dobiegały końca. Nie mogło umknąć mojej uwadze, że za każdym razem, gdy wraz z Adrianem szliśmy do parku, zajmowaliśmy się jedynie kotami. To my je karmiliśmy, głaskaliśmy i nadzorowaliśmy. I mimo naszej dwumiesięcznej opieki nad zwierzakami, nadal nie wiedzieliśmy kto jest ich właścicielem.
– Może są wolne? – powiedział pewnego dnia Adrian.
– Wolne?
– Ponoć koty chodzą własną drogą. Nie potrzebują właściciela by przetrwać.
Jak na sześciolatka Adrian był mądrym chłopcem i szczerze wątpiłam by mądrość tę wyniósł z domu. On sam był jak taki znaleziony przez nas kot, który zawsze chodził własnymi ścieżkami. W połączeniu z wieczną nonszalancją i obojętnością był pierwszą osobą na świecie, która mi imponowała. Pierwszą osobą, którą chciałam brać za przykład do naśladowania.
– Nigdy nie huśtaliśmy się na tych wielkich huśtawkach – zauważyłam.
Leżeliśmy na czystej, zielonej trawie nieopodal drewnianego domku, gdzie od dłuższego czasu było miejsce zamieszkania znaleziska Adriana, a teraz naszego wspólnego. Kłębek sierści spoczywał na moim brzuchu unosząc się miarowo, wraz z każdym wdechem i wydechem. Głaskałam go za uchem słysząc co jakiś czas przyjemne mruczenie.
– Przecież jeszcze nie jest za późno – odparł.
Podniosłam się z ziemi strącając tym samym z siebie kota.
– Więc chodźmy! – zwołałam radośnie, po czym pobiegłam w kierunku placu zabaw.
Dziecięce śmiechy były tego dnia słyszalne bardziej niż kiedykolwiek w moim życiu. Do dzisiaj unoszą się one w mojej głowie echem powodując, że za każdym razem wracam myślami w jedno miejsce, do sielankowych zabaw z Adrianem.
Usiadłam na huśtawce próbując rozbujać się najbardziej jak tylko to było możliwe. Ponieważ nie sięgałam stopami do podłoża, zadanie to w moim pięcioletnim mniemaniu było naprawdę trudne. Widząc jakie trudności sprawia mi rozhuśtanie się, Adrian postanowił wyręczyć mnie z tego niemiłego zadania stając z tyłu i popychając huśtawkę. Idyllizm jaki mnie wtedy ogarniał był miłym uczuciem. Czując jak wiatr toczy zawziętą walkę z moimi włosami, oraz kwiecistą sukienką, nie mogłam powstrzymać się przed szerokim uśmiechem. Zapach tamtejszych roślin i świergot ptaków powodował, że okoliczności dziecięcej zabawy stawały się jeszcze bardziej przyjemne. Kolejny chichot rozniósł się falą po lesie, a zaraz za nim szorstki głos uderzył mnie o uszy słowami:
– To nasz plac zabaw!
Zza drzew wyłoniła się dwójka chłopców trzymających w ręku długie badyle. Jeden z prowokatorów był niski i otyły, drugi chudy jak szczapa, rudy i piegowaty. Grubszy splunął na ziemię, po czym uderzył trzy razy kijem w wewnętrzną część dłoni, mówiąc przy tym:
– Nie wolno wam się tu bawić.
Adrian energicznie chwycił za poręcz huśtawki zwalniając tym samym moje tempo huśtania. Przeszedł z tyłu na przód, dając mi tym samym okazję by zobaczyć gniew jaki niespodziewanie zapłonął w jego oczach.
– Ach, tak? – spytał buńczucznie krzyżując ramiona na piersi. Zadarł głowę do góry i zmierzył chłopców wzgardliwym spojrzeniem.
– Tak, to nasz plac zabaw – powtórzył, a następnie dźgnął łokciem niższego kolegę w żebro.
– Właśnie! – zawołał piegowaty, wysuwając w naszą stronę oskarżycielsko kij. – Jeżeli stąd nie pójdziecie, to damy wam popalić!
– Wcale się was nie boimy – odparł niewzruszenie Adrian, ani na chwilę nie zmieniając swej hardej postawy. Chciałam zauważyć, że nie ma większej niedorzeczności! Serce biło mi szybko jak nigdy, poczułam, że zalewam się potem, wszystkie włoski stają dęba, a chwilę później nieprzyjemny dreszcz przeszedł kilka razy wzdłuż kręgosłupa paraliżując każdą komórkę mojego ciała. Zacisnęłam zęby i nogi, a dłońmi jeszcze bardziej przytrzymałam się poręczy mając wrażenie, że kawał metalu lada chwila skruszy się między moimi palcami.
– Cóż, więc chyba będziemy musieli wam pokazać, gdzie jest wasze miejsce – powiedział leniwie grubas.
– Że niby ten plac jest podpisany waszymi imionami? – zdziwił się Adrian ledwo kryjąc rozbawienie.
Było to co najmniej dziwne, zważywszy na okoliczności w jakich się znajdowaliśmy.
– Wszyscy od dawna wiedzą, że to my tu rządzimy – sprostował rudy ujawniając powoli swe wzburzenie.
– W takim razie, ktoś musi wam w końcu przemówić do rozsądku i udowodnić, że jesteście w błędzie.
– Adrian – zaczęłam niepewnie pragnąc by przestał ich wreszcie podjudzać.
Uciszył mnie gestem ręki dając tym samym do zrozumienia, że w obecnej chwili niewiele go obchodzę. Musiałam się całkowicie zdać na los, bo i tak wiedziałam, że jestem w ślepym punkcie. Ani ucieczka, ani walka w moim przypadku nie wchodziła w grę. Mogłam jedynie udawać małą, bezbronną dziewczynkę i starać się nie zwracać na siebie ich uwagi. Nasz los zależał od Adriana i liczyłam na to, że wie co robi.
Dwóch rozbójników podeszło kilka kroków w naszym kierunku omal nie przyprawiając mnie o zawał serca. Przymierzali się do ataku, ale Adrian był na to co najmniej obojętny.
– Maya, zejdź z huśtawki i odejdź najdalej jak możesz – powiedział do mnie głosem nie znającym sprzeciwu.
Zrobiłam co kazał, dziwiąc się, że jestem w stanie ustać na nogach, których konsystencja była raczej płynna. Z rozbawieniem na twarzy złapał mnie za dłoń i pociągnął za sobą biegnąc w kierunku ścieżki. Nie nadążałam za jego krokami, ale starałam się jak mogłam by nie zwolnić biegu.
Adrian zareagował poważnie na te realia dopiero wtedy, gdy zostałam gwałtownie wyrwana z jego uścisku przez jednego z chłopców. Grubas szarpnął za moje włosy, a następnie ciasno objął ramieniem za szyję.
– Puść ją! – krzyknął podnosząc z ziemi największy badyl jaki mu się napatoczył.
Stanął w bojowej pozycji jak rycerz, który pragnie ocalić swą księżniczkę. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Łzy bólu i przerażenia. Zrobiło mi się gorąco i poczułam jak na moje policzki wstępuje fala czerwieni, prawdopodobnie spowodowana brakiem tlenu. Zacisnęłam swe małe rączki na ramieniu oprawcy, pragnąc wyswobodzić się z obezwładniającego uścisku, ale im bardziej szamotałam się z napastnikiem tym ciaśniejszy stawał się uścisk i tym dalej od podłoża znajdowały się moje stópki.
– Puść ją! – powtórzył stanowczo Adrian zbliżając się w naszym kierunku z wyciągniętą przed siebie pewnie gałęzią.
– Bo co mi zrobisz? – zapytał grubas przedrzeźniając go.
– Zabiję – warknął Adrian łypiąc na niego spode łba.
Grubas zaśmiał się gorzko. Jego rozbawienie przerwał krzyk kobiety, która nawoływała z gęstwiny lasu:
– Maciek, Marcin, gdzie jesteście?! Maciek, Marcin, chodźcie tutaj!
Chłopcy jak oparzeni wypuścili swe bronie na ziemię i pognali w kierunku niosącego się w oddali głosu.
Wypuszczona z uścisku osunęłam się na ziemię pragnąc złapać jak najwięcej powietrza. Adrian uklęknął przede mną z malującym się na jego twarzy przerażeniem.
– Przepraszam, czy nic ci nie jest? – zapytał.
Słowa te, jak zawsze, były bodźcem, który spowodował, że po moich policzkach spłynął strumień łez. Zaniosłam się spazmatycznym szlochem chcąc wydukać, że nigdy nie byłam bardziej przerażona.
– Nie płacz – powiedział pragnąc dodać mi otuchy. Położył dłoń na moim ramieniu mówiąc stanowczo:
– Przecież już sobie poszli. Już jest okej.
Widząc w jakim byłam stanie, zwinnym ruchem dłoni poprawił włosy na mojej głowie i zmiętą sukienkę.
– Powinniśmy wrócić do domu.
W dalszym ciągu nic nie mówiłam. Jedynie szlochałam żałośnie starając się otrzeć łzy rękawem sweterka.
– No chodź. – Uśmiechnął się zachęcająco.
Gdy nawet to nie pomogło dodał:
– Popatrz jaki ładny motylek usiadł na twojej głowie. Wyglądasz teraz jak aniołek.
Przestałam wyć, zamiast tego wzięłam kilka głębokich wdechów i skierowałam oczy ku górze, tak jakbym usiłowała zobaczyć własne czoło.
Adrian zaśmiał się po czym wyciągnął dłoń w moim kierunku rzucając mi pełne zachęty spojrzenie.
Wstałam, otrzepałam kolana i poszłam za nim. Kolejny raz.
– Przykro mi – powiedział, gdy doszliśmy na Aleję Róż.
Nie odpowiedziałam. W tym samym momencie z domu wyszła rodzicielka krzycząc:
– Maya, obiad!
– Na razie – bąknęłam i wróciłam do domu z grymasem na twarzy.
– Czy coś się stało? – spytała matka.
– Nie, dlaczego? – zdziwiłam się przywołując na twarz radosny uśmieszek.
Kiedyś umiałam robić dobrą minę do złej gry.
Umyłam rączki i usiadłam do stołu, na którym znajdowały się pyszne potrawy zachęcające do konsumpcji wspaniałym zapachem.
– Jedzcie – zachęciła rodzicielka. – Upichciłam to z pomocą Nataszy.
Zabrałam się za pałaszowanie włoskiego dania, które było naprawdę rzadkim okazem w naszym domu.
– Może powinniśmy jutro zaprosić Pruskich na podwieczorek? – zaproponowała rodzicielka ocierając usta serwetką. Ojciec przeciągnął się leniwie na krześle i wzruszył ramionami.
– Rób co chcesz, kochanie – odparł.
– A ty co o tym sądzisz, Mayu? – zwróciła się do mnie.
Spojrzałam na nią nie kryjąc zdziwienia. Starałam się nie wypuścić z ust długiego makaronu, którego chwilę wcześniej napchałam sobie do buzi.
– Jedz ładnie – poprosiła. – To jak?
Również wzruszyłam ramionami i wróciłam do przeżuwania.
– Jesteście na wszystko obojętni – zauważyła. – To twój kolega, Mayu, powinnaś się tym zainteresować.
Nawet nie podniosłam wzroku znad talerza.
– Dobrze, więc ja się wszystkim zajmę – mruknęła rodzicielka wykorzystując ostatnie resztki cierpliwości dla naszej dwójki.
– Mhm – przytaknęłam.
Gdy następnego dnia rodzicielka ciągnęła mnie na drugą stronę ulicy, pożałowałam tych słów.
– Uspokój się – stęknęła usiłując przystawić mnie do pionu. – Chociaż to możesz zrobić. Doprawdy, nie wiem kto cię wychował.
– Ty – jęknęłam starając się czmychnąć do domu przy najbliższej okazji.
– Maya! Do cholery jasnej! – żachnęła się rodzicielka. – Spokój!
Powiedziała to tonem, jakiego nie lubiłam. Tonem jaki dawał mi ostrzeżenie bym nie przekraczała pewnych granic. Z miną męczennika poddałam się i poszłam za nią do domu państwa Pruskich.
Rodziciela nacisnęła dzwonek do drzwi i poprawiła włosy czekając aż nasi nowi–przyszli znajomi zjawią się w progu.
– Dzień dobry – zaczęła widząc matkę Adriana. – Nazywam się Eleonora Wodnicka, jesteśmy sąsiadkami, nasze dzieci już miały okazję się poznać – tu wskazała na mnie dłonią. – Podobno wprowadzili się państwo niedawno – kontynuowała. – Chcielibyśmy zaprosić was na dzisiejszy podwieczorek. Oczywiście, jeżeli tylko mają państwo czas i ochotę.
Sympatyczny, melodyjny głos rodzicielki powodował, że prawie nigdy nie słyszała od obcych negatywnych odpowiedzi.
– Och, dzień dobry – zdziwiła się pani Prusky. – Jak miło z waszej strony. Oczywiście, że skorzystamy z zaproszenia i wpadniemy na podwieczorek. Przekażę również wiadomość mężowi i synowi. Może chcą panie wejść? – zaproponowała otwierając szerzej drzwi.
– Nie, nie – pokiwała głową rodzicielka. – Trzeba zacząć nakrywać stół. – Posłała kolejny słodki uśmiech, pożegnała się i wraz ze mną wróciła do domu.
– Dowidzenia.
Wraz z wybiciem godziny szesnastej rozległo się pukanie do drzwi. Państwo Pruscy, tak jak obiecali, zjawili się na podwieczorku. Schludnie ubrani, uśmiechnięci weszli do salonu wraz z synem Adrianem.
– Miło cię wreszcie poznać, Mayu. Adrian wiele o tobie wspominał – powiedziała pani Prusky.
– Zgadza się, wiele – przytaknął pan Prusky. – Mam na imię Riks. – Wyciągnął na przywitanie w moim kierunku dłoń.
– Mnie również miło państwo poznać – odparłam zgodnie z wpojonymi mi zasadami savoir vivre.
Rodzicielka wyłożyła na stół drogą porcelanę, której strzegła jak oka w głowie i ciasto domowej roboty, upieczone zaraz po tym, gdy państwo Pruscy potwierdzili swoją wizytę. Wszyscy zasiedliśmy do okrągłego stolika, nawet ojciec, który zazwyczaj w podobnych sytuacjach znajdował jakąś wymówkę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie słowa rodzicielki, które sprawiły, że moja twarz przybrała kolor buraka.
– Mayu, zagraj państwu coś na skrzypcach.
Zatrzęsłam głową zsypując na twarz złote loki.
– Ładnie proszę.
Pod presją poszłam na górę po parę skrzypiec. Ścisnęłam nerwowo rąbek granatowej sukienki i stanęłam na środku salonu by zagrać uwielbiany przez rodzicielkę utwór „Canon”. Sprawiał on, że można było się wyciszyć oraz zrelaksować. Zamknęłam oczy i pociągnęłam smyczkiem w poprzek struny wydobywając w ten sposób piękny, melodyjny dźwięk. Reszta utworu sama wylała się ze mnie na skrzypce, a ze skrzypiec w przestrzeń, zachwycając tym samym słuchaczy. Gdy skończyłam grać w pokoju rozległy się brawa w wykonaniu pięciu par dłoni. Ukłoniłam się, podziękowałam i odniosłam skrzypce do pokoju.
– Bardzo ładnie grasz. I do twarzy ci ze skrzypcami – powiedział Adrian, gdy poszliśmy do mojej sypialni, kiedy dorośli zaczęli rozmowę na poważne tematy. – Może sam powinienem nauczyć się na czymś grać?
– Czemu nie? – odparłam.

Śnieg zaczął padać tej zimy wcześniej niż zwykle. Wyglądając niecierpliwie przez okno obserwowałam spadające płatki, pragnąc chwycić w dłoń chociaż jeden by przyjrzeć mu się dokładnie i rozszyfrować symetryczny kształt. Wiedziałam jednak, że gdy tylko ów płatek opadnie, stopnieje w mgnieniu oka pozostawiając za sobą jedynie wspomnienie lub niewielką kroplę wody.
– Dlaczego mnie ciągniesz?! – spytałam uważając na to by nie potknąć się na powierzchni pełnej nierówności. Nie zdążyłam zapiąć płaszczyka ani zawiązać szalu, a już trzymana w mocnym uścisku Adriana biegłam za nim w nieznane.
– Mam plan.
– Jak zwykle.
Jego głowa pełna była pomysłów. Uważałam go za nadzwyczaj żywiołowe dziecko, które nie zna słowa „niemożliwe” lub „przeszkoda”. Nigdy sam nie stwarzał sobie większych problemów, chociaż – jak przyznał – działał po najmniejszej linii oporu. Czuł się wyśmienicie z tym jaki obrał sposób życia. Czuł, że nie musi w sobie niczego zmieniać. Wiedziałam o tym, bo byłam najbliższą mu osobą. Wiedziałam o tym, bo nauczył mnie czegoś, czego inni nie potrafiliby nigdy zdziałać. Nauczył mnie żyć w chwili ciszy u boku bliskiej osoby, by poznać jej myśli, marzenia i najbardziej skrywane w głębi serca uczucia. Była to prośba by świat się zatrzymał w jednej sekundzie. By dzielić się czystym szczęściem z kimś, kto szczęście to będzie potrafił docenić.
– Ulepimy największego bałwana! – krzyknął radośnie po czym posłał mi swój uśmiech.
– Nie uda nam się.
– Jak zwykle tryskasz optymizmem. Nawet jeśli, czy nie będzie to wspaniała zabawa? – spytał z posępną miną.
– Będzie – przyznałam. – Będzie. – Ścisnęłam mocniej jego dłoń dając mu do zrozumienia, że pójdę tam, gdzie mnie zaprowadzi. Chciałam by znowu się uśmiechnął chociaż zadowolenie zniknęło z jego twarzy tylko na chwilę.
Tak jak przypuszczałam, nie udało nam się ulepić największego na świecie bałwana. Był to jednak największy bałwan jaki zdołaliśmy wtedy ulepić w naszym skromnym życiu. Pozostał największym po dziś dzień w moim sercu, bo stworzony był za pomocą naszych wspólnych chęci, wspólnej pracy, wspólnej chwili przepełnionej radością i szczerym śmiechem.
– Brakuje mu tylko kapelusza – zauważył Adrian.
Po chwili namysłu ściągnął ze swojej głowy zdobioną pomponem czapkę i założył ją na głowę bałwana.
– Twoja mama nie będzie zła? – spytałam.
– Będzie.
– Więc może lepiej nie zostawiaj jej tutaj…
– Złość mamy będzie trwała tylko chwilę, a bałwan nie może marznąć całą noc.
– A czy bałwany nie lubią czasem mrozu?
– Kto wie? Lepiej żeby nie zachorował.
Nim się spostrzegłam nadszedł dwudziesty trzeci grudnia. Dzień, którego co roku wyczekiwałam najbardziej. Dzień, w którym zdawałam sobie sprawę, że zaczynają się święta. Rodzicielka marzyła o tym by w domu stała prawdziwa choinka, której zapach dodawałby magicznej atmosfery, ale ponieważ ojciec nie miał ani czasu, ani chęci by takową przytargać do domu, jak zwykle w kącie salonu postawione zostało sztuczne drzewko otrzepane ze strychowego kurzu. Owinięte złotym łańcuchem i migoczącymi światełkami czekało na ostatnią ozdobę.
– Mayu, teraz twoja kolej, pamiętasz? Jak co roku to ty wieszasz aniołka na czubku choinki, prawda? – spytała rodzicielka. Chwyciła mnie w talii i podsadziła na wysokość, na której miałam zostawić porcelanowego anioła, trzymającego w ręku parę skrzypiec.
– Mhm.
Starałam się nie opaść w objęcia Morfeusza tak szybko jak na co dzień miałam w zwyczaju. Postanowiłam dzielnie czatować na moment, w którym święty Mikołaj przyniesie prezenty i skosztuje upieczonych przez rodzicielkę ciasteczek oraz zostawionej przeze mnie szklanki mleka. Ledwo zdołałam o tym pomyśleć, a już smacznie drzemałam pod ciepłą kołderką z dala od świątecznych prezentów.
Zbudziło mnie poranne krzątanie rodzicielki, która pichciła potrawy do wspólnej wieczerzy w rodzinnym gronie. Gdy owinęła w przezroczystą folię ostatnie posiłki, wdrapała się po schodach z niebywałą gracją i naszykowała dla wszystkich eleganckie ubrania.
– Czy święty Mikołaj już przyszedł? – zapytałam, gdy rodzicielka walczyła z moimi plączącymi się w rękawach sukienki rączkami.
– No jasne, że tak. Ale prezenty otwieramy, dopiero po kolacji.
– A nie mogę zajrzeć wcześniej?
– Nie – powiedziała stanowczo i zapięła guziki swojej błękitnej koszuli idealnie podkreślającej jej zgrabną sylwetkę.
– Szkoda.
Wieczorem nasza trójka wsiadła do taksówki i pojechała do domu babci, gdzie co roku zbierała się cała rodzina. Miła świąteczna atmosfera i zapach tych wspaniałych dni był wtedy jeszcze odczuwalny w moim życiu. Teraz ulotnił się w nieznane.

Jak szybko zima przyszła, tak szybko się ulotniła pozbawiając nas w ten sposób rozkosznej zabawy wśród śniegu, który z czasem zaczął topnieć. Czas przepływał mi przez palce nieubłaganie szybko, a niemal każdą wolną chwilę poświęcałam zabawie z moim jedynym przyjacielem, Adrianem. Nadszedł kwiecień i wielkimi krokami zbliżały się święta wielkanocne. Malując z rodzicielką pisanki, odliczałam niemal sekundy do chwili, w której opuszczę dom i pognam wraz z Adrianem na odpusty, które odbywały się w parku. Niespodziewany dzwonek do drzwi był dla mnie zbawieniem. Poderwałam się z krzesła i odkładając pomalowane w kolorowe paski jajko, bąknęłam pod nosem do rodzicielki:
– Mamo, mogę wyjść, prawda?
– Oczywiście – odparła z pogodnym uśmiechem. – Ale pamiętaj, że są święta, i nie wypada tak długo bawić się poza domem.
Pokiwałam głową i tyle mnie widziano w ziejącym chłodem salonie. Założyłam na stopy nowe, wiśniowe lakierowane buciki, które pasowały odcieniem do zdobionej kwiatami sukienki i wyszłam z domu witając swojego przyjaciela rześkim „cześć”. Gdy odwróciłam się w jego kierunku, zauważyłam, że na jego twarzy nie gościł codzienny uśmiech, lecz zadziwiający, i nieznany mi dotąd grymas. Dłonie miał obojętnie i beznamiętnie wciśnięte w kieszenie czarnych spodni, a błękitne oczy utraciły dawny blask. Nie patrząc na mnie nawet przez sekundę, mruknął ledwo słyszalnie:
– Idziemy?
Zrezygnowałam z odpowiedzi i po prostu ruszyłam w kierunku parku mając skrytą nadzieję, że Adrian szybko odzyska dobry humor. Żadne z nas nie przerwało ciszy, która sprawiała, że atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, póki oboje nie zauważyliśmy kolorowych straganów pełnych obwarzanków, biżuterii oraz balonów. Wprawdzie nie była to dla mnie żadna nowość; co roku wraz z rodzicami przychodziłam do paku by nacieszyć się tą błogą okolicznością, jednak zawsze były to krótkie chwile, zazwyczaj przerywane przez pośpiech ojca. Wtedy, gdy przyszłam do parku wraz z Adrianem, miałam wrażenie, że wszystko jest dziesięć razy większe i tysiąc razy bardziej kolorowe. Minęliśmy świąteczne stoiska i skierowaliśmy się tam, gdzie zawsze - do naszego opuszczonego placu zabaw. Od naszego ostatniego pobytu w tym czarodziejskim miejscu trochę się zmieniło. Na łące, prócz zwykłych kwiatów pojawiły się mlecze oraz dmuchawce, a cisza nie była już taka błoga jak kiedyś, lecz zakłócona przez inne dziecięce śmiechy noszące się z oddali. Wciąż jednak oboje odczuwaliśmy, że był to nasz plac zabaw, nasze miejsce spotkań, miejsce, które w przyszłości miało stać się zbiorowiskiem pełnym rozczulających wspomnień.
– Opowiem ci historię o wróbelku Wiesławie – zaczął. Jego głos brzmiał obco, ale postanowiłam słuchać. Pokiwałam głową potakująco i rozsiadłam się na trawie.
– Wróbelek Wiesław zapragnął być przywódcą stada. Powoli jego marzenie zaczęło się spełniać. Miał mnóstwo kobiet, a wszyscy go słuchali. Pewnego dnia obudził się i wszystkie wróbelki zniknęły. Czy wiesz co się stało?
– Nie – odparłam.
– Wiesław miał schizofrenie. Wróbelki nie żyją w stadach.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jego wymyślona na miejscu historia miała kryjący się podtekst. Uśmiechnęłam się z podziwu dla jego inteligencji, a on ten uśmiech odwzajemnił.
Słońce powoli zaczęło schodzić z zenitu. Wykorzystując ostatnie chwile tego dnia ganialiśmy się po łące i zrywaliśmy dmuchawce. W końcu postanowiliśmy wrócić. Ponownie minęliśmy po drodze stragany. Adrian kupił dla nas obwarzanki i watę cukrową, a starszy pan, który nam ją zakręcił uśmiechnął się do mnie tajemniczo wypowiadając niemo słowo „przyjaźń”. Uprzejmie podziękowaliśmy i ruszyliśmy przed siebie.
– Zobacz jaki piękny naszyjnik! – krzyknęłam widząc automat z biżuterią. Wskazałam palcem ten, który przypominał ważkę.
– Dlaczego ci się podoba? – zapytał.
– Bo ma skrzydła. Jak aniołek – wytłumaczyłam.
Adrian westchnął i wrzucił monetę do automatu. Zamiast naszyjnika wypadł plastikowy pierścionek. Za drugim razem kauczukowa piłka, następnie bransoletka, kolejny pierścionek, breloczek i kolczyki. Gdy już miał zrezygnować wreszcie wylosował wypatrzony przeze mnie naszyjnik z ważką.
– Nie musiałeś tego robić – powiedziałam.
– Ale chciałem – mruknął. Przez kilka następnych sekund milczał ściskając w ręku plastikowy pojemniczek, w którym znajdował się naszyjnik. Wiercił swoim spojrzeniem dziurę w chodniku głęboko nad czymś rozmyślając. Po chwili nabrał powietrza do płuc i podnosząc na mnie oczy powiedział:
– Obiecaj, że zawsze będziemy przyjaciółmi.
Przytaknęłam, a on zapiął naszyjnik na mojej szyi.

Następnego dnia obudzona nieprzyjemnym przeczuciem, wstałam z łóżka i szybko ubrałam się by móc wyjść na dwór. Jedząc w pośpiechu śniadanie nie zwracałam uwagi na zatroskane spojrzenie jakim mierzyła mnie rodzicielka.
– Idę na dwór – powiedziałam.
– A co ty na to żeby pójść dzisiaj ze mną do kina? – spytała.
– Nie. Chcę się pobawić z Adrianem.
– Maya, może jednak? Tak dawno nigdzie razem nie wychodziłyśmy.
Pokiwałam przecząco głową. I wtedy do mnie dotarło. Wyraz twarzy rodzicielki był jak podświetlany napis z ostrzeżeniem.
– Co się stało Adrianowi? – zapytałam ogarnięta paniką.
Ponieważ przez jakiś czas nie odpowiadała, zrozumiałam, że moje przypuszczenia nie były bezpodstawne. Rodzicielka spojrzała wymownie na ojca szukając w nim jakiejś otuchy, wsparcia, pomocy. Wzruszył ramionami dając jej znać, że jest równie bezsilny.
– Co się stało z Adrianem? – powtórzyłam.
– Mayu, skarbie – zaczęła. Wyciągnęła dłonie w moim kierunku. – Adrian oraz jego rodzicie wyjeżdżają.
– Gdzie?
– Do Hiszpanii.
– Na jak długo?
Wiedziałam, że ciężko było jej oznajmić mi tę raniącą prawdę.
– Na zawsze.
W tym momencie usłyszałam dźwięk zatrzaskiwanych drzwi samochodu. Poczułam jak robi mi się gorąco, jak ogarnia mnie fala agresji, a zarazem bezradności. Chciałam coś zrobić, jednak nie wiedziałam co, dlatego pobiegłam w kierunku frontowych drzwi i zaczęłam siłować się z klamką.
– Maya, nie wychodź! – krzyknęła rodzicielka błagalnym tonem. Za późno. Wyskoczyłam na podjazd i zobaczyłam to, czego tak naprawdę nigdy nie chciałam zobaczyć. Chwilę później zorientowałam się, że na podjeździe nie jestem sama. Że stoi za mną rodzicielka. Ruszyłam w kierunku samochodu krzycząc rozpaczliwie:
– Adrian! Adrian, poczekaj!
Ale złapana w pół przez matkę nie mogłam zrobić żadnego kroku na przód.
– Puszczaj mnie! – zaczęłam wić się w jej uścisku jak wyjęta z wody ryba.
– Adrian! – krzyknęłam ponownie. Przez napływające do oczu łzy przestałam cokolwiek widzieć. Zignorowałam to, że sączą się po moich policzkach jak po wodospadzie.
– Adrian! Wracaj! – zawyłam nie poprzestając na próbie uwolnienia. Wbijałam paznokcie w ściskające mnie ręce, kopałam, wierzgałam i krzyczałam jak nigdy przedtem. Widząc jak samochód odjeżdża, a w tylnej szybie pojawia się siedmioletni chłopiec ze smutnym spojrzeniem, chciałam wierzyć, że to jedynie koszmar. Że obudzę się z niego i tak, jak zawsze pójdę bawić z jedynym, najlepszym przyjacielem.
Moich marzeń i pragnień, nikt nie chciał wysłuchać.


5 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Zuza Zuza.mylog.plśroda, 10.czerwca.2009, 20:48
85.89.162.45

to niesamowite, ile jeszcze wydarzy się w jej życiu. lubię to opowiadanie. jest takie szczere - niezwykle abstrakcyjne w swej prostocie :D dobra, bo jeszcze wyjdzie, że jestem mONdra xD pisz dalej, pisz!

werecat-diary werecat-diaryczwartek, 11.czerwca.2009, 16:18
213.158.196.97

Hej:) Uważam, że świetnie piszesz. Czytając twoje opowiadanie, na chwilę oderwałam się od rzeczywistości;> Mam nadzieję, że ten anioł pomoże Mai wyjść na prostą;D Polubiłam główną bohaterkę (możedlatego że ma tak samo na imię jak ja?xD). Pozdrawiam:)
Lussina

Our Art World Our Art World.mylog.plwtorek, 16.czerwca.2009, 16:40
83.1.87.159

www.ourartworld.fora.pl to forum dla ludzi kreatywnych i utalentowanych, takich jak Ty! Stwórz swoją postać i pokaż jej artystyczne umiejętności. Wykaż się swoją pomysłowością i pomóż nam ulepszać forum.
                                               
                                                             M&I&B

eternity eternityśroda, 17.czerwca.2009, 17:32
79.163.228.53

Bo Eleonora to bardzo ładne imię jest :)

kathy Kejtniedziela, 21.czerwca.2009, 21:00
77.115.12.209

Najpierw szczegółowo. Kilka moich wątpliwości:

"Słońce właśnie wschodziło na horyzont..."
Z tego co wiem, słońce nie wschodzi na horyzont, ale na przykład "zza horyzontu". I raczej się nie mylę.
"Ponad to" - Ponadto.
"Szłam wzdłuż szosy, na bosaka..."  Ładniej: "boso", "na bosaka" to takie... kolokwialne.
"Przez dwanaście lat śniłam jeden sen." Nie śni się snu. Masło maślane. "Przez dwanaście lat śniłam o jednym" albo coś w tym stylu.
"W moje głowie..." Mojej. Literówka.
"Zacisnąłem pięść." Tu Twoja bohaterka nagle zmienia płeć. Niezamierzone, jak sądzę.
Jest pewien fragment, w którym Twoja bohaterka przypomina sobie, co działo się dnia poprzedniego. Warto by napisać to kursywą, nie sądzisz? To samo tyczy się wspomnienia  zdarzenia, dziejącego się kilka lat temu.
Za interpunkcję się nie zabieram, chociaż tu i ówdze brak przecinka aż się prosi. Na przykład: "...wyszłam na opustoszałe ulice miasta głowiąc się...". Przecinek po "miasta", to przecież druga część zdania.
Albo: "Nic co odbiegałoby..." Przecinek po "Nic".
"...normalny ludzki odruch." Normalny, ludzki odruch.

Masz bogaty zasób słownictwa i tworzysz naprawdę ładne wyrażenia, jednakże w pewnych momentach mam wrażenie, że nie do końca potrafisz to wykorzystać. Ale każdemu się zdarza, uwierz mi, nabierzesz wprawy. Fabuła może być faktycznie interesująca, mam nadzieję, że to połączenie dwóch odmiennych światów nie pozostanie małym, niewiele znaczącym wątkiem. Nie wiem, czy polubiłam główną bohaterkę - prezentuje sobą typową postawę zbuntowanej, przekonanej o swoim geniuszu nastolatki, a takowe niestety w życiu prywatnym mnie drażnią. Mimo to, tu pragnę zaznaczyć, że właściwie bardzo mnie to cieszy. Zero oklepanej perfekcji.
Nie zostaje mi nic innego, jak życzyć weny, tak więc - życzę weny i pozdrawiam!