UWAGA! Po przeanalizowaniu fabuły mojego opowiadania doszłam do wniosku, że pewien bohater komplikuje sprawę. Zamierzam skupić się na podstawach, a nie na wątkach pobocznych, które nie mają większego znaczenia dla treści. Zmusiło mnie to do poprawienia poprzednich rozdziałów. Są to zmiany duże, dlatego proszę, by osoby, które czytały to opowiadanie wcześniej, zapoznały się z poprawkami jakie naniosłam.
Dobrze, że stało się to teraz, a nie później. Nie jestem zadowolona z tego zamieszania.
To co miało pojawić się w rozdziale czwartym zostało umieszczone w pierwszym i drugim.
Bardzo, ale to bardzo przepraszam za utrudnienia. Wiem, że schrzaniłam sprawę i wprowadziłam zamęt. Mam nadzieję, że sama się w tym nie pogubię, a na razie ogromnie was proszę, przeczytajcie rozdział pierwszy i drugi zanim zabierzecie się za treść ze strony głównej.
Aby uniknąć ostatecznej nudy, tam, gdzie wystąpiły edycje lub dopiski zmieniłam kolor czcionki.
____________________________________________
Nigdy nie rozumiałam czym jest prawdziwa przyjaźń, ani co to znaczy mieć wrażenie, że zna się kogoś całe życie. Gdy poznałam Julię, sens tych słów stał się dla mnie oczywisty.
Przez całe życie czułam się wśród innych ludzi jak piąte koło u wozu, zwłaszcza po tym, jak mój jedyny przyjaciel opuścił granice kraju. Nigdy nie przypuszczałam, że znajdzie się ktoś, kto będzie miał podobne zainteresowania, a na dodatek zdzierży mój wybuchowy charakter. A jednak.
Mało, że Julia znosiła moje niepohamowane napady agresji, to na dodatek, zawsze tam, gdzie wprowadzałam nerwową atmosferę, ona ją łagodziła.
I chociaż były setki wspólnych tematów, i chociaż miałyśmy dziesiątki podobnych zainteresowań, to różniłyśmy się jak ogień i woda.
Gdyby można było człowieka opisać jednym słowem, jej z pewnością większość ludzi przypięłaby metkę „wyrafinowana”, mnie „arogancka”.
Zdawałam sobie sprawę, że budzę w innych negatywne emocje i rzadko kiedy znajdował się ktoś, kto potrafił przymknąć na to oko. Julia potrafiła i momentami żałowałam, że jestem tak okropną przyjaciółką, chociaż w głębi ducha codziennie dziękowałam za tę znajomość. Prawdopodobnie, gdyby nie Julia, już dawno spoczywałabym metr pod ziemią. To ona przystawiała mnie do pionu w sytuacjach ziejących grozą. Bo były chwile, gdy łamałam wszelkie zasady i gotowa byłam zniszczyć życie swoje, oraz ludzi w moim otoczeniu. I choćby znalazł się ktoś inny, kto potrafiłby wnieść w moje życia tak porównywalny spokój ducha, to i tak wątpiłabym w to, że jest odpowiednio wykrojonym elementem układanki.
Za każdym razem, gdy patrzyłam na Julię widziałam w niej dziewczynę niesplamioną hańbą. Przez długi czas przyglądając się przyjaciółce, widziałam w niej jedynie syf własnego życia, jaki sama zrobiłam pewnego dnia.
Tamten dzień, który miał być jednorazową ucieczką w zapomnienie, przeistoczył się w wielomiesięczny bajzel, z którego nie potrafiłam się wydostać. Przede wszystkim, przez długi okres czasu nie zależało mi na tym by przestać.
Kiedy cała reszta świata nie interesowała mnie nawet w najmniejszym calu, za namową starszych koleżanek zaczęłam znikać z domu by negatywne emocje wyładować na parkiecie podczas skakania do kiczowatych piosenek obficie przesączonych alkoholem. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, na jakie niebezpieczeństwo narażałam się od kilku miesięcy.
Pewnego dnia, leżąc pokracznie w toalecie, zamknięta szczelnie w kabinie, pochylałam się nad deską klozetową i nie zwracałam uwagi na to, że leżę we własnych wymiocinach. Ostatnimi siłami wyjęłam z kieszeni telefon i wykręciłam numer Julii mrucząc ledwo zrozumiale do słuchawki:
– Pomóż mi.
I dlatego Julia była moją jedyną, ale także najlepszą przyjaciółką. Bo o godzinie drugiej rano wywlekła z ciepłego pokoju swój wyrafinowany tyłek i wskoczyła w pierwszą lepszą taksówkę, która zawiozła ją do klubu, gdzie oddawałam się powolnej agonii. Wpadając z impetem do lokalu i odrzucając w tył swoje długie, blond loki, rzuciła w tłum głęboko wyszukane przekleństwo, po czym ruszyła prosto do łazienki, mijając po drodze chłopaka, który otumanionym z zachwytu spojrzeniem, przyglądał się jej z zainteresowaniem.
Wyraz twarzy Julii na mój widok był co najmniej godny uwiecznienia. Podwijając rękawy swojego drogiego, firmowego sweterka, pochyliła się nade mną i zaczęła ocucać.
Zarzuciłam na siebie skórzaną kurtkę, brązowe kozaki, szal i ray-bany z poprzedniego lata, po czym wyszłam na przystanek tramwajowy. Nie mogłam oprzeć się pokusie by zerknąć na potężny dom stojący po drugiej stronie brukowanej Alei Róż. Czteroosobowa rodzina, która wprowadziła się do niego kilka lat wcześniej, właśnie wysiadała z samochodu. Jeżeli nie tam, to w takim razie, gdzie zatrzymał się Adrian? Próbowałam przekonać samą siebie, że niewiele mnie to obchodzi. Zdecydowanie większym problemem była intensywność promieni słonecznych, które pomimo osłony, raziły mnie niemiłosiernie.
Ledwo zdołałam opaść na obity w czerwoną skórę fotel, a już usłyszałam z ust Julii przesączone żalem słowa:
– Znowu zaczynasz?
– Daj spokój – odparłam. – To tylko jedna impreza.
– Nie chcę żebyś jeszcze raz pogrążyła się na taką skalę – powiedziała wyniośle mieszając gorącą czekoladę smukłą łyżeczką.
– Teraz potrafię o siebie zadbać.
– Wtedy też tak mówiłaś.
– Potrafię – zapewniłam ponownie.
– Maya, naprawdę niczego cię to nie nauczyło?
– Czy dlatego, że miałam kilka niemiłych przygód związanych z libacją alkoholową, mam teraz do końca życia zachowywać się jak zakonnica?
– Obie prze to przechodziłyśmy – mruknęła Julia. – Pamiętaj, że gdyby nie moja pomoc, zdechłabyś na brudnej podłodze, wśród obcych ludzi, którzy w ogóle się tobą nie przejęli. Nie przestawaj odróżniać dobra od zła. Między jednym a drugim jest wąska granica.
Przy naszym stoliku niespodziewanie wyrosła kelnerka.
– Masz rację – westchnęłam z rezygnacją. – Przepraszam.
Zamówiłam kawę, a gdy dostarczono do stolika mój życiodajny napój, natychmiastowo pochłonęłam darmową czekoladkę, którą serwowali na oddzielnym talerzyku.
Po dłuższej chwili milczenia, krępującej ciszy, postanowiłam przełamać lody.
– Może czasem jestem ślepa, ale widzę, że ty również masz problem. Nie skupiajmy się zatem jedynie na mnie.
– Nie wiem o co ci chodzi – odparła Julia zażenowanym głosem.
– Nie ukryjesz przede mną tego, że płakałaś. Tak samo jak nie ukryjesz sińców pod oczami. Ile już nie spałaś łkając nieustannie w poduszkę?
– Dobra, nie potrafię udawać. Ale proszę, nie mam zamiaru użalać się nad swoim życiem. To co miałam wypłakać – wypłakałam.
– Jeżeli podzieliłam się z tobą żałosną stroną mojego życia, ty możesz zrobić to samo. Dla własnego dobra.
– Kto to mówi? Ta, która na słowo „matka” zielenieje ze złości i bezpodstawnie atakuje wszystkich, którzy stoją w pobliżu? Maya, spójrz prawdzie w oczy. Nic nie zmienisz dopóki sama nie uporasz się z własnymi problemami.
– Chciałam pomóc.
– Wiem. Ale nie możesz. Nie możesz, bo nie rozumiesz tego.
Julia miała rację. Nie rozumiałam. Przypatrując się jej z boku widziałam jedynie rozpacz jaka ją ogarniała za każdym razem, gdy na jej drogę wchodził chłopak będący przyczyną wszelkich nieszczęść jakie ją spotykały. Dla mnie istniało jedno wyjście; zakończyć tę znajomość. Ona widziała więcej i nie zamierzała rezygnować z kogoś kto przyczyniał się do potoku łez.
Ludzie przestali już liczyć ile razy się rozstawali i ile razy do siebie wracali. Pewne było natomiast to, że oboje czynili sobie na złość nie widząc w jak głębokim utknęli rowie.
– Wiem, że to bolesne – powiedziała Julia – ale po ciągu wydarzeń jakie cię dotknęły, widzisz takie rozwiązanie, jakie spotkało innych. W dzieciństwie opuścił cię jedyny przyjaciel, później własna matka. Ale to nie była ich decyzja. Ja też nie chce wybrać takiej drogi.
– Jesteś zaślepiona przeszłością. Widzisz tylko początek, a pomijasz całą resztę.
– Być może. Kto by zapomniał o pięknym początku?
– On wrócił – powiedziałam. Wydawać by się mogło, że te słowa nie mają nic wspólnego ze słowami Julii, ale ja wiedziałam, że mają więcej związku niż można by przypuszczać.
– Słucham?
– Adrian. On wrócił.
– Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz? – zdziwiła się Julia.
– Bo nie chcę żeby znowu wszedł w moje życie.
– Myślałam, że…
– Chcę zapamiętać go jako ideał chłopaka, przyjaciela. Jako najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa. On się zmienił. Wiem o tym. I nie chcę zabrudzić tego obrazu.
– Maya, każdy się zmienia. Nawet gdyby nie wyjechał i tak uległby zmianom. Po prostu dorósł. Nic więcej.
O zmianie zachowania najbliższych osób podczas ich nieobecności wiedziałam więcej, niż Julia mogła się spodziewać. Wystarczą trzy zamiast jedenastu lat, a efekt jest tak samo beznadziejny.
Idąc do pierwszej klasy liceum, doświadczyłam tej zmiany na własnej skórze – powiała chłodem i obojętnością. Nigdy nie spodziewałabym się, że chłopak, z którym spędziłam przed laty cudowne dwa tygodnie wakacji, będzie miał wymalowany na czole napis „nie znam cię”. A jednak. Moje pozytywne wspomnienia z nad morza zostały zgniecione w ciągu sekundy. Nie chciałam tracić kolejnej pamięci o miłych chwilach. Nie teraz, kiedy była to jedyna wartość w moim życiu. A musiałam przyznać, że była to wartość bezcenna.
Janka poznałam trzy lata wcześniej, nad morzem. Oczarował mnie swoją grą na gitarze i planami na przyszłość. Towarzyszyły mu ambicje i talent. Sprawiał, że miękły mi kolana za każdym razem, gdy odsłaniał w uśmiechu swoje śnieżnobiałe zęby. Był zadbany i przystojny, a ponad to nie brakowało mu poczucia humoru. Jakby nie patrzeć, był w pewien sposób idealny i okazywał mi swoje zainteresowanie.
Zobaczyłam go pierwszy raz na postoju. Biegłam do toalety, a on wysiadał z autokaru. Miał na sobie krótkie spodenki i idealnie ułożone włosy, ale przede wszystkim przyciągające uwagę spojrzenie.
Nie zajęło mi dużo czasu by go poznać.
Korzystając z chwili zamieszania, wpadłam po swoją zgubę do jego pokoju, odczuwając strach przed odrzuceniem. Zamiast złości zobaczyłam uśmiech na jego twarzy i wyciągnęłam rękę mówiąc serdecznie:
– Maya.
Lubił rocka, tak wywnioskowałam po koszulce ACDC, którą miał na sobie w chwili naszego pierwszego spotkania.
Minęły już trzy lata, i teraz, zostały mi jedynie mgliste wspomnienia po wakacjach w nadmorskiej miejscowości.
Jedna z moich koleżanek przechodziła akurat fazę młodzieżowego buntu, nosząc się jedynie w kolorach czarnych i słuchając całymi dniami rockowych piosenek. Był to wątek, który sprawił, że Janek często przychodził do nas w gości. Pewnego dnia powiedział, że gra na gitarze. Następna jego wizyta odbyła się wraz z zademonstrowaniem muzycznych umiejętności. Grał cudownie, chociaż o rocku i gitarze nie miałam zielonego pojęcia. Padło pytanie czy nie chciałby grać na gitarze elektrycznej. Odparł, że i owszem, że właśnie na nią odkłada.
W jeden z nudnych wieczorów wpadłam do ich pokoju i starałam się za wszelką cenę nie zemdleć widząc jego uśmiech skierowany w moją stronę i rękę klepiącą miejsce na łóżku.
Był piękny.
A ja żałosna.
Jednego z końcowych dni pobytu nad morzem, gdy cała nasza grupa podziwiała zachód słońca na plaży, ja leżałam na piasku i ekscytowałam się w duchu, że Janek siedzi obok mnie. Wtedy on, nagle oparł swoją głowę na moich kolanach i spytał uroczo:
– Położę się, ok?
Czując, że moje policzki płoną pod spojrzeniami reszty dziewczyn, warknęłam nieśmiało i szorstko za razem:
– Nie.
– Dlaczego? – zdziwił się z ciągle towarzyszącym mu uśmieszkiem.
– Bo nie – odparłam skupiając wzrok na piasku.
W dzień wyjazdu zajęłam w autokarze miejsca obok Janka i jego kumpla. Usiadłam od strony zewnętrznej, by być jak najbliżej niego, ale nie spodziewałam się, że zwróci na to większą uwagę. Tymczasem, było inaczej.
Przez większość podróży okazywał nadzwyczajne zainteresowanie moją osobą.
– Masz kartkę? – zapytał.
Wyrwałam środek z zeszytu, a on powiedział, że zagramy w kółko i krzyżyk. Podekscytowanie sięgnęła zenitu. Gdy zorientowałam się, że cały czas przegrywam, powiedział:
– Ze mną nie wygrasz.
Spiorunowałam go wzrokiem, a on po chwili milczenia, spytał:
– Mogę narysować twój portret?
Zgodziłam się i czekałam na jego twórcze dzieło. Tymczasem, pokazał mi kółko, trójkąt i cztery kreski.
Uśmiechnęłam się i schowałam kartkę do zeszytu.
Na pamiątkę.
Myślałam, że już nigdy go nie spotkam, ale życie jest pełne niespodzianek zazwyczaj wtedy, kiedy najmniej pragniemy ich w naszym życiu.
Po trzech latach nadszedł dzień, którego najbardziej obawiałam się od chwili, w której usłyszałam wyrok dotyczący mojej dalszej edukacji.
Chciałam iść do liceum przesiąkniętego łódzką elitą. Chciałam. Ale to, że nie dane mi było przekroczyć jego progów to inna historia.
Poszłam tam, gdzie samo myślenie o tym miejscu, sprawiało, że do oczu napływały mi łzy.
A przecież zapierałam się rękami i nogami, płakałam i tupałam, krzyczałam i nachodziłam dyrektorkę wymarzonej szkoły. Wszystko to na nic. Wszystko po to, by w dniu pierwszego września stanąć przed budynkiem od początku znienawidzonej szkoły i zobaczyć kogoś, o kim już prawie zapomniałam.
Zobaczyć jak nonszalancko stoi przede mną z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni i słuchawkami w uszach. Ściągnięte brwi, grymas na twarzy i mina rasowego zabójcy.
Był żywy, prawdziwy, ale także oraz przede wszystkim, starszy o trzy lata.
Miałam wrażenie, że chwila jaką podarował mi los, bym znowu go ujrzała, trwała wiecznie. Że sekundy jakie poświęciłam by przyjrzeć się ponownie jego twarzy to w rzeczywistości długie minuty.
Patrzyłam, a on tego nie widział, chociaż stał zaledwie kilkadziesiąt centymetrów dalej.
Otworzyłam usta by go przywitać, by przypomnieć, że przecież się znamy. Zrezygnowałam widząc jak wpatruje się w nieokreślony punkt przed sobą z nieobecnym wyrazem twarzy i skupieniem zarazem.
Pozwoliłam sobie nacieszyć oczy tym rzadkim widokiem jeszcze chwilę. Obserwowałam przez moment jego profil, aż w końcu dałam za wygraną i odwróciłam się do swojej klasy – gromady obcych ludzi, których nigdy nie zdołam polubić.
Miałam ściśnięte gardło z żalu i rozczarowania.
Bo byłam sama. Bo ktoś na kim niegdyś mi zależało, nie pamiętał o moim istnieniu.