Po dwóch miesiącach błogiego lenistwa przyszedł rok szkolny. Przede mną druga klasa liceum. Dużo nauki, mało czasu. Ponad to szykuje się wiele zajęć pozaszkolnych; angielski, hiszpański, matematyka, polski i 'treningi' łyżwiarstwa. W takim natłoku pracy - nie wspominając o szkolnych sprawdzianach i kartkówkach - bardzo ciemno widzę sprawne i szybkie dokończenie opowiadania. W wolnych chwilach postaram się napisać piąty rozdział i dodać go najszybciej jak to możliwe.
– Co do diabła? – mruknęłam przechodząc przez próg frontowych drzwi. Widok jaki zastałam był co najmniej szokujący.
Na schodach ustawione zostały pudła, do których ojciec pakował wiszące na ścianie fotografie.
– Och, cześć kochanie, już wróciłaś? – zawołał radosnym głosem.
– Co ty robisz? – spytałam oschle, ale na tyle spokojnie by powstrzymać agresję, która stopniowo się we mnie rodziła.
– Pakuję zdjęcia – odparł oczywistym tonem, jakbym pytała ile to dwa plus dwa.
– Dlaczego?
– Bo Natasza chce.
– Bo Natasza chce?! – powtórzyłam z niedowierzaniem. – A co ona ma dogadania?! To nasz dom, a to zdjęcia mamy!
– Tak, kochanie, ale od dzisiaj, jest to także dom Nataszy i Wiktorii. Zdjęcia mojej byłej żony są trochę krępującym dla niej faktem.
– Jak możesz? Te zdjęcia wiszą tu ponad dziesięć lat! Nie obchodzi cię co ja czuję? Czy ja chcę żeby te zdjęcia zostały zdjęte? Natasza widzi je od momentu, kiedy pierwszy raz przekroczyła próg naszego domu. Przez jedenaście lat chyba mogła się do nich przyzwyczaić?
– Do tej pory to było coś innego. Do tej pory była u nas gościem. Teraz jest domownikiem, a twojej mamy i tak już nie ma.
– Och świetnie. Widzę, że doskonale się z tym czujesz. Teraz wiem, że to nie była dla ciebie żadna strata.
– Nie mów tak. Dobrze wiesz, że przeżyłem to równie ciężko jak ty.
– Ach, tak. Zwłaszcza przez ostatni rok jej życia, kiedy leżała w szpitalu? O tym ciężkim przeżyciu mówisz? Doprawdy, nawet nie wiesz jak bardzo ociekałeś cierpieniem! – krzyknęłam mijając go na schodach i szturchając stojące na stopniach pudło.
– Maya, daj spokój. To tylko głupie zdjęcia!
– Masz rację. Dla ciebie to są tylko głupie zdjęcia! Co ty w ogóle wiesz o mamie? Dla ciebie była jedynie przedmiotem stabilizacji i skupienia uwagi.
Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.
– Wspaniale! – warknęłam trącając stertę pudeł z przeprowadzki. – Długo te śmieci będą zagracać nasz dom?!
– To rzeczy Nataszy i Wiktorii.
– Czyli śmieci – skwitowałam pod nosem.
– Maya, nie wiem skąd w tobie ta złość!
– Nie wiesz skąd? Gdybyś chociaż raz chciał mnie wysłuchać, wiedziałbyś skąd ta cholerna złość!
Weszłam do swojego pokoju trzaskając drzwiami, jednak po chwili namysłu zawróciłam.
– Wiesz co? Nie będę tkwiła zamknięta w piętnastu metrach kwadratowych tylko dlatego, że Natasza i Wiktoria się przeprowadziły!
– Zawsze siedzisz w swoim pokoju, Mayu. Przyhamuj trochę swój gniew. Nikogo on nie rusza.
– Świetnie. Więcej korzyści dla mnie – odparłam włączając telewizor i kładąc nogi na szklanym stoliczku.
– Nie zdjęłaś butów – zauważył.
– Kogo to obchodzi?
Mruknął pod nosem kilka niezrozumiałych słów, a następnie skupił swoją uwagę na wchodzącej do domu Nataszy, która trzymała w rękach szare pudło. Obok niej kroczyła żwawo Wiktoria ściskając różowego, pluszowego króliczka.
– Tak szybko? – zdziwił się ojciec.
– Już niewiele zostało – oznajmiła Natasza.
Radosna dziewczynka z buźką otoczoną złotymi lokami, podbiegła do mnie w podskokach.
– Popatrz co znalazłam pod łóżkiem, Mayu.
– Jestem zajęta – wycedziłam przez zęby.
– Okej – odparła.
Roztrzepana i rozradowana Wiktoria podeszła do lśniącego fortepianu, który stał pod frontowym oknem. Widząc jak jej mała, ciekawska rączka zbliża się powoli w kierunku klapy, a malutkie, smukłe ciało szykuje by usiąść na taborecie, poczułam jak oburzenie rośnie we mnie nieubłaganie szybko. Straciłam wiarę, w to, że na świecie istnieją jeszcze ludzie, którzy potrafią zachować pamięć o zmarłych. Że istnieją ci, którzy potrafią uszanować czyjąś prośbę. W jednej chwili mój żołądek ścisnął się do mikroskopijnych rozmiarów, a gwałtowny przypływ adrenaliny oraz wzburzenia, zmotywował mnie do protestu. Jak oparzona poderwałam się ze skórzanej kanapy i ryknęłam na otoczoną niewinną aurą dziewczynkę. Wrzask jaki z siebie wydobyłam był przesączony czystą nienawiścią i obrzydzeniem. Zarówno Wiktoria, Natasza jak i ojciec, zamarli w nieopisanym lęku. Różowy, pluszowy króliczek, który chwilę wcześniej został mi w pełnej ekstazie podtykany pod nos, upadł na ziemię jako przestroga, która miała mi powiedzieć o przekroczeniu ważnej granicy. Delikatna, anielska twarz rozbłysła przerażeniem na widok gniewu, który płonął w moich oczach. Rozpacz w coraz szybszym tempie ujawniała się w postaci łez, aż w końcu strumień histerii spłynął po bladych policzkach wraz z towarzyszącym mu jazgotem. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego jakie będą konsekwencje. Przygotowałam się na falę zarzutów grzmiącą od strony schodów i całą prezentację gestykulacji. Wyłączyłam umysł od słów, które uderzały we mnie z szybkością światła. Intensywność i ich zabarwienie było nie do opisania.
– Powtarzałam tysiąc razy – odparłam spokojnie na ich niekończące się pretensje. – Zacznijcie w końcu słuchać.
Udałam się do swojego pokoju pogrążona w marzeniach o śnie, którego przez ostatnie dwa dni nie miałam okazji zasmakować. Opadłam ciężko na łóżko i zanim zdołałam dotknąć poduszki pochłonął mnie głęboki, twardy sen.
Nazajutrz rano poczułam niemrawe promyki słońca, które zaglądały przez uchylone okno. O moje stopy otarł się chłód, a mróz przenikał szarą bluzę. Przetarłam oczy i podniosłam się z legowiska, które przez noc starannie wygrzałam brzuchem. Powlekłam się do łazienki, gdzie odkręciłam wodę, która głośno zaczęła wypełniać obitą marmurem wannę. Chlusnęłam zimną wodą na twarz, umyłam zęby i naszykowałam czyste ubrania, po czym opieszale zabrałam się za relaksacyjną kąpiel pełną aromatycznych olejków przesączonych zapachem kwiatu lotosu. Już dłuższy czas odprężenie było dla mnie obcym zjawiskiem. Z utęsknieniem czekałam na chwilę pełną spokoju, bez niepotrzebnych zmartwień i oszołamiających wiadomości.
Gdy skończyłam kąpiel, zawinęłam włosy w ręcznik, ubrałam czyste dżinsy oraz błękitną polówkę. Rozsiadłam się na fotelu przed komputerem i zdecydowałam, że resztę dnia spędzę w swoim pokoju. Nie miałam apetytu po wczorajszej awanturze, a na dodatek pogrążała mnie świadomość, że ferie zimowe dobiegały końca. Wolność od codziennych obowiązków, porannego wstawania i pośpiechu była zdecydowanie pozytywnym uczuciem. Niestety, jak wszystko przemijała. Nadzieje na uniknięcie kontaktu z nową rodziną, szybko spłonęły w zakamarku mojej bujnej wyobraźni wraz z momentem, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
– Co? – mruknęłam w blat biurka.
– Wchodzę – oznajmił zdecydowanie głos ojca.
Nie sprzeczałam się z nim w tej kwestii, bo i nie było sensu. Prędzej czy później przekroczyłby próg mojej sypialni, usiadł na brzegu łóżka i obwieścił dobitnie, że sobotnie popołudnie mam spędzić wraz z Nataszą na poszukiwaniu sukni ślubnej.
– Czemu? – zapytałam.
Znałam odpowiedź na to pytanie. Za karę. Nie chciałam się poddawać, ale wiedziałam też, że nie mam wyboru. Niechętnie zgodziłam się na przydzielony mi obowiązek i ponownie wróciłam do wcześniejszego zajęcia.
– Czy chcesz o czym porozmawiać? – zapytał ojciec.
– Nie – odparłam beznamiętnie nie odrywając wzroku od ekranu monitora.
– Nie chcę żebyś później zarzucała mi, że nie mam dla ciebie czasu, albo że cię nie słucham.
– Nawet jeśli mnie słuchasz to i tak jesteś głuchy.
– Chcieć nie znaczy móc, Mayu.
– Najlepsze wytłumaczenie – parsknęłam pod nosem.
Wyszedł kiwając głową z dezaprobatą.
Nie było mi śpieszno do wyjścia. Flegmatycznie zakładając kurtkę, przeklinałam każdą minutę, którą miałam spędzić w towarzystwie Nataszy. Wychodząc, natknęłam się na pudła, których zawartość w dalszym ciągu nie została wypakowana.
– Szlag by to… – warknęłam. Zeszłam na dół mijając po drodze siedzącą na schodach Wiktorię. Płomiennorude włosy już z daleka błyszczały spod frontowych drzwi. Natasza uśmiechnęła się serdecznie po czym spytała:
– Gotowa?
Nie odpowiedziałam, zamiast tego udałam się prosto do samochodu stojącego na podjeździe.
Jechałyśmy w milczeniu, które wyraźnie było dla niej krępującą okolicznością. Kilka razy chrząknęła spuszczając wzrok z drogi i przenosząc go na mnie. Choć wpatrzona byłam w krajobraz miasta, który przesuwał się za szybą samochodu w zawrotnym tempie, widziałam kątem oka jej zachowanie spowodowane niezręczną sytuacją.
– Masz prawo być wściekła – powiedziała. – Kiedy byłam w twoim wieku, moja matka miała za sobą już kilka ślubów. Większości z jej partnerów nie tolerowałam. Czasami nawet ona sama ich nie tolerowała. Ale jakoś żyję, okazałam jej wyrozumiałaś starając się tolerować i szanować decyzje, które podejmowała…
– Chcesz wzbudzić we mnie litość? – przerwałam. – Nie trudź się. Dobrze wiesz, że nie chodzi o zwykłe decyzje dotyczące życiowych parterów. Gdyby to był jedyny problem, nie dmuchałabym na zimne z takim zapałem.
– Maya, nie chcę żebyś mnie nienawidziła. Naprawdę staram się nawiązać z tobą dobry kontakt, ale nie ułatwiasz mi tego zadania.
– Za późno na okazywanie skruchy.
– Proszę cię tylko żebyś dała mi szansę.
– Miałaś szansę. Dawno temu, ale w innej roli. Czy to było w aż tak zamierzchłych czasach, że nie pamiętasz na czym ów rola polegała?
– Maya, jesteś niesprawiedliwa.
– A czy kiedykolwiek ktokolwiek był sprawiedliwy? Czy życie jest sprawiedliwe? Nie wiesz nic o niesprawiedliwości.
– Tak ci się tylko wydaje. Od trzech lat uważasz się za najbardziej nieszczęśliwą osobę na świecie, ale zawsze jest ktoś to ma bardziej przechlapane w życiu. Uwierz mi, że miałam gorzej od ciebie.
– Co ty możesz o mnie wiedzieć?
– Znam cię lepiej niż ktokolwiek inny w twojej rodzinie.
– Bo gotowałaś mi obiadki? Bo byłaś najlepszą przyjaciółką mojej mamy? Bo w naszym domu miałaś wyższą pensję niż po drugiej stronie ulicy?
– Jedno z drugim nie ma nic wspólnego! – żachnęła się hamując z piskiem opon na strzeżonym parkingu.
– Mylisz się. Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz.
– Proszę o wyrozumiałość. Nie chcę wychodzić za mąż z poczuciem winy.
– Więc nie wychodź. To prostsze niż uganianie się za ślubnymi sukniami, dopasowywanie stroju druhen i świadków, organizowanie sali, grajków oraz użeranie ze mną. Czyż taka wizja przyszłości nie wydaje się niebiańska? – spytałam unosząc kącik ust.
Natasza pokiwała głową z rezygnacją i wysiadła z samochodu.
– Chodź – mruknęła.
Nie zamierzała zwiedzać wielu sklepów. Wybrała jeden, który po samej wystawie zapowiadał się obiecująco. Każda dziewczynka z fascynacją przygląda się śnieżnobiałym sukniom. Jedne swoje marzenia spełniają, inne zostawiają w zakątku głowy.
Możliwości było nieskończenie wiele. Kremowe, z falbankami, gładkie, wełniane, satynowe, haftowane, krótkie, długie, zdobne, subtelne, tradycyjne, oryginalne, z bufkami, z gorsetem, na ramiączka, z odkrytymi plecami, z dekoltem w serek, a także w łódkę. Dylematy. W takich miejsca jest ich pełno. By pozbyć się niezdecydowania, zza lady wychodzi uśmiechnięta sprzedawczyni, której zadaniem jest pomóc w trudnym wyborze. Natasza nie chciała korzystać z dostępnej oferty. Chciała wysłuchać mojego zdania, choć wiedziała, że jestem zdolna do tego, by wybrać najgorszy z możliwych fasonów. Zaryzykowała. Zaufała. Wszystko po to, by następnie powiedzieć kilka słów, które doprowadziły do ponownej utraty mojej cierpliwości.
– Wiesz, że potrzebna mi jest twoja pomoc. Nie chodzi tylko o głupi ślub. Nie chodzi o głupią sukienkę.
– Dlatego mnie tu przywiozłaś? Żeby mieć kilka godzin w zapasie, które będziesz mogła wykorzystać na daremne próby przekonania mnie?
– Tu nie chodzi o mnie. Proszę o to w imieniu Wiktorii. To także twoja rodzina. Twoja siostra.
– Nie jest moja siostrą – zaprzeczyłam stanowczo.
– Dlaczego nie chcesz tego zaakceptować?
– Bo mam swoją rodzinę. Jedną z najmniej wiernych. Ale mam. Powiedz mi, jak czułaś się z tym, że twoja przyjaciółka umierała w cierpieniu i w samotności, podczas, gdy ty płodziłaś Wiktorię z jej mężem? Jak czujesz się usiłując zastąpić jej miejsce?
– Nie chcę zastępować miejsca twojej matki, Mayu.
– Więc co tu robisz? Z zaręczynowym pierścionkiem? Kluczem od naszego domu? Samochodem? Zaufaniem jakie wypracowałaś sobie u mojego ojca? Jakie to uczucie wyjść z zaplecza na salony?
– To jedyny powód, dla którego nas nienawidzisz?
– Nienawidzę was, bo weszłyście swoimi buciorami w moje życie jakby chodziło o zwykły podwieczorek. Nienawidzę cię, bo po tym wszystkim masz czelność prosić mnie o pomoc.
– Jeśli taka z ciebie moralistka, to jak będziesz się czuła z tym, że mając możliwości, pozwoliłaś komuś umrzeć?
– Nie mam osiemnastu lat, więc nic nie obliguje mnie by oddać szpik. Wręcz przeciwnie. Musiałabyś długo czekać na fizyczną możliwość. A ja mam cały rok by się namyślić.
– Wiktoria nie dożyje do następnego roku! Dlaczego nie dokonać przysługi? Dobrze wiesz, że jesteś jedyną osobą, która może pomóc, i że w takich przypadkach są ustępstwa. Nie chcesz uratować życia Wiktorii, bo nie znalazła się osoba, która mogła uratować życie twojej matki? Ze zwykłej złości, zazdrości?
– Nie jestem zazdrosna – prychnęłam. – To nie mój problem. Skoczył się, kiedy powiedziałam ‘nie’. A tak przy okazji, krótka sukienka jest w twoim przypadku lepsza. Dobijasz do czterdziestki, nie jesteś i niestety nigdy nie będziesz panną młodą.
Zastosowała się do mojej subtelnej porady, jednak w zamian pragnęła uzyskać zgody na przeszczep poprzez sabotowanie mnie różową sukienką druhny.
– Nie ma mowy – odparłam. – Nie założę na siebie cukierkowego różu.
– Będzie pasować do kwiatków – uzasadniła swój wybór.
– Nie. Różowy nie jest twarzowym kolorem. Poza tym wyprawiasz ślub, a nie słodką szesnastkę. Może to będzie dla ciebie pewnym rozczarowaniem, ale dla własnego dobra, gdybym była tobą, postawiłabym na błękit. Wiesz dlaczego? Bo niebieski jest kolorem odpowiednim zarówno dla brunetek jak i dla blondynek. Nie sprawia efektu tandetnego weseliska i pasuje do chabrów lub fiołków. Ponad to, wybierając go, nie zmuszasz facetów by ubrali na siebie pedalskie muszki. Podważasz w ten sposób ich męskość i uderzasz w ego. Wierz mi, pomimo tych wszystkich nieporozumień jakie między nami zaszły, że błękit jest stuprocentowo dobrym rozwiązaniem. Dla wszystkich.
Wygrałam. Siłą argumentów.