Po długiej przerwie udało mi się dokończyć ten rozdział. Nie kryję, że sprawiało mi to wiele trudności. Wyszłam z wprawy, o ile kiedykolwiek ją miałam. Wena opuściła mnie już dawno temu i nie wygląda na to, żeby w najbliższym czasie zamierzała powrócić. Bez owijania w bawełnę - rozdział do dupy. Nie wiem nawet, czy ktoś to w ogóle czyta.
Piątkowy wieczór. Bar w centrum miasta.
Zarzuciłam płaszcz na bluzkę bez ramiączek i z trzaskiem drzwi, kolejny raz opuściłam dom. Dochodząc na miejsce, wygasiłam papierosa o frontową ścianę kamienicy po czym przełożyłam prezent do lewej ręki i weszłam do środka. Rozejrzałam się po klubie, odnalazłam solenizanta, złożyłam życzenia, a następnie udałam się na poszukiwanie wolnej loży. Wchodząc po metalowych, krętych schodkach zauważyłam grupkę znanych mi ludzi. Podeszłam do nich, przywitałam się i zajęłam ostatnie wolne miejsce na kanapie, korzystając z okazji, że część lekko podchmielonych gości właśnie schodziła na dół by zamówić w barku kolejną kolejkę piwa.
– Chcesz coś, Maya? – zapytał jeden z chłopców posyłając mi krzywy uśmiech. Był różowy jak malina. Dostrzegłam to mimo panującej na sali ciemności.
– Martini z lodem – odparłam bez namysłu, po czym chwyciłam jednego z proponowanych mi papierosów.
Dziewczyny siedzące na pufach zaczęły między sobą szeptać, a chłopcy przysunęli się na niebezpieczną odległość. Chwilę później sięgnęłam po dostarczonego mi drinka i wypiłam go jednym duszkiem.
Był tylko jeden powód, dla którego zjawiłam się tamtego mroźnego wieczoru w klubie akademickim. Tłumaczyłam sobie, że jest wiele innych przyczyn. Problem tylko w tym, że nie wierzyłam w nie.
Uważnie obserwowałam kolejne osoby wspinające się po schodach, wyczekując jednej, dobrze znanej mi twarzy. Część ludzi znałam z widzenia z wielu poprzednich imprez, na których byli stałymi gośćmi, podobnie jak ja. Poczułam, że moje palce zaciskają się mocniej na opróżnionej szklance, gdy rozpoznałam sylwetkę zbliżającej się ku nam osoby.
– Tylko nie to – pomyślałam.
Sądziłam, że moja ostatnia rozmowa z ów chłopcem była jasna i dosadna. Nie chciałam więcej go widzieć. Mimo wszystko, zalała mnie fala niepokoju i rozczarowania, gdy jedna z siedzących na pufie dziewczyn podniosła się wyraźnie rozradowana jego obecnością. W pełnej ekstazie wymachiwała ręką trzymającą piwo by przedstawić wszystkim swojego spóźnionego towarzysza.
– Adrian – powiedziała – to są moi znajomi. Poznajcie się.
Zmierzyłam przybysza morderczym spojrzeniem. Odechciało mi się czegokolwiek. Zrozumiałam, że jego powrót koniecznie musi się na mnie odegrać.
Odwróciłam głowę, gdy wyciągnął na przywitanie dłoń.
– Obejdzie się – mruknęłam.
Uśmiechnął się cynicznie. Był wyraźnie rozbawiony zaistniałą sytuacją.
Już dawno nauczyłam się radzić sobie bez niego. Dlaczego więc ukłucie pod sercem wzmacniało się, gdy wydał mi się taki oddalony?
W chwili, w której rozpoczęłam mordercze przemyślenia, kątem oka dostrzegłam wyczekiwanego gościa. Odruchowo, gwałtownie podskoczyłam z kanapy by zbliżyć się w stronę barierki. Zobaczyłam to, czego najbardziej się obawiałam. Uścisk dłoni. Palce splecione z drepczącą za nim dziewczyną.
Wszystko co spożyłam tamtego wieczoru podeszło mi do gardła, mimo wszystko, znalazłam dość odwagi by samodzielnie zamówić piwo z sokiem malinowym. Wykorzystałam okazję. Przeszłam obok ledwo przybyłych zawiadamiając ich o swojej obecności. Nie musiałam się odwracać by wiedzieć, że zostałam zauważona. Poczułam na sobie to samo co zwykle, ukradkowe spojrzenie.
Stojąc na uboczu, uważnie przyglądałam się wszystkim moim rówieśnikom.
– Powinniśmy porozmawiać – usłyszałam nad uchem męski głos. Nie zdążyłam się jeszcze odwrócić, a już jego właściciel w mocnym, zimnym uścisku ciągnął mnie pod najbliższą ścianę.
– Nie sądzę – odparłam.
Silna dłoń zacisnęła się jeszcze pewniej na moim nadgarstku.
– A ja owszem, bonita.
Westchnęłam z rezygnacją.
– Słucham.
Niebieskie oczy przeszyły mnie chłodem jakiego nigdy nie poczułam. Zobaczyłam, jak w ramach złości i zniecierpliwienia zaciska wargi by zebrać w sobie wszystkie myśli, które pragnął mi przekazać.
– Po prostu nie rozumiem – powiedział szorstko – dlaczego okazujesz mi tyle nienawiści.
– Wydaje ci się – szepnęłam. – Jesteś dla mnie taki sam, jak cała reszta społeczeństwa, a więc moje uczucia do ciebie niczym się nie wyróżniają.
– Kłamiesz.
– Wierz w co chcesz. Nie mam zamiaru do niczego cię przekonywać.
Wzruszyłam ramionami.
– Czy teraz byłbyś łaskaw puścić moją rękę?
Spojrzał na swoją dłoń z obcym wyrazem twarzy, jakby ten intensywny uścisk palców wcale do niego nie należał. Rozluźnił objęcie, a następnie wcisnął ręce do kieszeni spodni i odwrócił głowę w bok. W tej samej chwili za jego plecami dostrzegłam osobę, której poszukiwałam w tłumie spoconych nastolatków przez ostatni czas. Adrian podążył za moim spojrzeniem. Wiedziałam, że było za późno by odwrócić jego uwagę od przechodzącego w oddali Janka.
Zmarszczył brwi, po czym ponownie wbił swój wzrok w nieokreślony punkt na ścianie.
– W innym przypadku wydawałoby mi się to śmieszne – mruknął.
Przewróciłam oczami. Nie chciałam by kontynuował ten wywód.
– Nie powinnaś tego robić.
– Być może kiedyś twoje zdanie coś mnie obchodziło. Teraz jest ono dla mnie mało istotne.
Chciałam go wyminąć, ale odgrodzona od przestrzeni ścianą oraz jego ciałem, zmuszona byłam zdać się na ostateczną łaskę. Posłał mi błagalne spojrzenie. Nie wzruszyło mnie to. Uległ.
– Jeszcze jedno – powiedziałam do chłopca, który na początku wieczoru przyniósł Martini z lodem.
– Nie za dużo? Wiesz, Maya, wypiłaś tyle co ja i moi kumple, a wszystkim nam kręci się w głowie.
– To, że nie umiecie pić, nie oznacza, że możesz rzucać szowinistycznymi tekstami – warknęłam niewyraźnie, po czym otarłam usta wierzchem dłoni.
– Jak chcesz – odparł niezbyt zadowolony.
Zazwyczaj byłam odważna, ale tamtego wieczoru potrzebowałam czegoś, co pomogłoby mi zwiększyć pewność siebie.
Do naszej loży przysiadły się kompletnie obce osoby. Ponieważ zauważyłam to z poważnym opóźnieniem, doszłam do wniosku, że być może mój prywatny dostarczyciel trunków miał rację. Zapytałam siedzącą obok mnie blondynkę, ubraną zaledwie w bluzkę i pończochy czy ma zapalniczkę, po czym odpaliłam setnego papierosa.
Malinowy chłopiec wrócił. Postawił przede mną olbrzymią szklankę piwa i wcisnął się na wolny fragment kanapy. Dopiero gdy wstałam, zdałam sobie sprawę z tego, że ostrzeżenia nie były bezpodstawne.
– Jedziem tańczyć – zawołałam do dziewczyny, którą kojarzyłam ze szkoły. Chwyciłam ją za dłoń i pociągnęłam za sobą. – Nie będziemy wygrzewać sadła pod ścianą.
Zeszłyśmy na dół, na parkiet, rozradowane taneczną piosenką. Od podskoków i ścisku było mi naprawdę gorąco, a po pewnym czasie, zgubiłam w tłumie swoją towarzyszkę. Ucieszyłam się jednak, gdy dojrzałam Janka pozbawionego obecności swojej partnerki. Postanowiłam wykorzystać okazję, wiedząc, że drugiej szansy nie dostanę. Miałam dość tej wiecznej ignorancji. Oboje, ja i on, wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sobie obojętni. Czemu więc z wierzchu wszystko wyglądało inaczej? Ukradkowe spojrzenia i przypadkowe obecności powoli zaczynały mnie drażnić. Rok niby obojętnych przejść domagał się natychmiastowej interwencji. Odetchnęłam głęboko ignorując uczucie mdłości, po czym ruszyłam w kierunku swojej ofiary. Gdy już miałam postawić ostatni krok, podeprzeć biodra ramionami i wydobyć z siebie dokładnie przemyślane słowa, poczułam silny uścisk na ramieniu i gwałtowne szarpnięcie, które odwróciło mnie w przeciwnym kierunku.
Zalała mnie fala gniewu. Odniosłam wrażenie, że lada moment wytoczę pianę z ust i wyrzygam wszystkie te przekleństwa, które wzbierały się we mnie, jedno po drugim.
Zanim jednak zdążyłam którekolwiek z nich wydać na światło dzienne, rozwścieczony, stanowczy głos dał mi jasno do zrozumienia:
– Dosyć na dziś.
Nie pozwolił mi wypowiedzieć żadnego słowa na własną obronę. Gestem, który nie znał sprzeciwu, pociągnął mnie za sobą bez zaszczycenia nawet najdyskretniejszym spojrzeniem. Nie miałam innego wyjścia, jak tylko dobrowolnie udać się we wskazanym kierunku. Tak też zrobiłam, gdy tylko uzmysłowiłam sobie, że dym papierosowy uderzający o moje nozdrza, spowodował, że miałam ochotę wyrzygać nie tylko słowa, ale przede wszystkim całą zawartość żołądka. Zanim zdołałam zorientować się, w której części klubu jesteśmy, poczułam zarzucony na moje plecy płaszcz i podmuch zimowego wiatru. I wtedy wiedziałam już, że to nie klub, tylko opustoszała ulica Radwańska. W jednej chwili podpierałam ścianę kamienicy, o którą na początku wieczoru wygasiłam papierosa, w drugiej, siedziałam w ciepłym, przytulnym samochodzie.
– Staram się to wszystko zrozumieć – powiedział ze smutkiem w głosie. Nie wyczuwałam już śladu rozeźlenia.
Tylko litość.
Opierałam się o frontową ścianę domu czując jak mój żołądek przemieszcza się w okolice gardła. Otworzyłam usta, chciałam coś powiedzieć, ale nie usłyszałam żadnego dźwięku. Adrian grzebał w mojej torebce przewracając wszystkie rzeczy do góry nogami, co jakiś czas zerkał w moim kierunku by upewnić się, że jeszcze stoję na nogach. Poczułam kolejny zawrót głowy i utratę kontroli nad własnym ciałem. Odniosłam wrażenie, że moje kończyny wykonane są z płynnej lub galaretowatej konsystencji i nigdy w życiu nie uda mi się ich opanować. Wszystko zawirowało, chciało mi się śmiać na myśl, że zaraz moja twarz spotka się z ziemią, jednak w ostatniej chwili, wykazując refleks, Adrian wystawił na ratunek swoje ramię bym nie osunęła się na betonowe schody lecz na jego pewne, stabilne ciało. Mój nos zatopił się w rękawie jego bluzy. Poczułam zapach męskich perfum i zdałam sobie sprawę z tego jak na tę woń zareagował mój umysł. Poczułam wstyd, ale po chwili kompletnie zapomniałam o tym, że znajduję się w jego objęciu. Adrianowi wreszcie udało się znaleźć pęk kluczy, którymi przekręcił zamek w drzwiach. Upewniwszy się, że w dalszym ciągu panuje cisza, wziął mnie na ręce i przekroczył próg domu. Szybko odnalazł schody i najciszej jak tylko potrafił wspiął się po nich z taką zwinnością, jak gdyby ciężar mojego ciała nie stanowił dla niego żadnego problemu. Pchnął plecami drzwi do sypialni i ułożył mnie na łóżku. Poczułam jak moje stopy uwalniane są z uścisku niewygodnych butów, a przemarznięte ciało zostaje okryte ciepłym, puchowym kocem. Wymruczałam coś w poduszkę i usłyszałam dźwięk odsuwanego fotela.
– Zdrzemnę się tutaj – powiedział. – Jest za późno na powrót do domu.
Nie odpowiedziałam.
– Dobranoc, Mayu.
Byłam śpiąca i zmęczona. Nie wykluczało to jednak faktu, że w mojej głowie kłębiło się miliard pytań, które nie dawały mi poddać się spokojnie objęciom Morfeusza.
– Dlaczego wróciłeś? – usłyszałam swój głos. Słowa te były wypowiedziane wyraźnie jak na kogoś, kto ledwo utrzymywał przytomność.
Odpowiedziało mi milczenie.
– Dlaczego, Adrian?
– Czy to ważne? – odparł beznamiętnie.
– Tak. Dlaczego po tylu latach postanowiłeś tu wrócić?
Poczułam jak do moich oczu napływają łzy. Przypomniałam sobie urywki wydarzeń, chwile, które razem spędziliśmy, radość jaką wtedy odczuwałam, a także smutek i rozpacz, uczucia które zakończyły naszą znajomość.
Wrócił. Nie potrafiłam przyznać przed samą sobą jak bardzo to dla mnie ważne, jak bardzo cieszę się z tego powodu, jak bardzo nie chcę by znów zostawiał mnie samą. Czy sposób w jaki go traktowałam, gdy pierwszy raz po jedenastu latach zobaczyłam jego twarz był odruchem obronnym?
Jeżeli nie przyzwyczaję się do niego teraz, nie będę cierpieć przy kolejnym rozstaniu.
Takie było moje wytłumaczenie.
Bo przecież nie ma miłości. Jest tylko beznadziejne, uzależniające nas wzajemnie przyzwyczajenie. A wszyscy prędzej czy później odchodzą. Nienawidziłam ich za to.
– Nie masz pojęcia jak bardzo cierpiałam – mruknęłam z zarzutem. Wygrzebałam się machinalnie z przykrycia po czym usiadłam w klęczkach na podłodze. Podniosłam wykrzywioną bólem twarz w kierunku Adriana. – Nie masz najmniejszego pojęcia jak bardzo potrzebowałam cię przez cały ten czas! Nie było cię przy mnie, nigdy nie wróciłeś, nie odezwałeś się nawet najcichszym szeptem!
Czułam jak łzy ciekną po moich policzkach, a każde słowo przerywane jest spazmatycznym szlochem. Płakałam. Pierwszy raz od trzech lat.
– Nie pożegnałeś się – dodałam ciszej. – Byłeś dla mnie kimś ważnym! Cały świat był przeciwko mnie, a ja nie mogłam ci nawet o tym powiedzieć! Potrzebowałam twojego uśmiechu, twojej beztroski i nonszalancji! A ty nigdy nie przyjechałeś! Nie masz kurwa, najmniejszego pojęcia o tym jak cholernie cię potrzebowałam! Pokazałeś mi coś pięknego, a później to odebrałeś. Nie wybaczę ci tego, Adrian. Nigdy. Dlatego należą mi się jakiekolwiek wyjaśnienia! Dlaczego wróciłeś?
Znów odpowiedziało mi milczenie. Widziałam przez łzy jego rozmazaną twarz. Widziałam, że na mnie patrzy. Gdy już miałam zrezygnować, przemówił:
– Nie mogłem.
W jego głosie czułam prawdziwy, szczery, ale przede wszystkim głęboki smutek.
– Wiele razy chciałem, naprawdę. Ale nie mogłem. Wiedziałem, że żyjesz po swojemu. Że tak naprawdę byłem w twoim życiu nic nie znaczącym epizodem. Sam również miałem własne życie. Nowy dom, nowych znajomych, plany. Z biegiem czasu wspomnienia się zacierają. Wielu rzeczy się nie pamięta. Zapomina się o ważnych wydarzeniach. O ludziach.
Czy tylko ja byłam tak żałosna, że każdy dzień, każda noc, każdy sen przypominał mi o istnieniu najlepszego przyjaciela, podczas gdy on, żył dalej w ogóle o mnie nie myśląc?
Nie pamiętając.
Nie spodziewałam się tak szczerych słów. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek powie mi coś tak raniącego. Że kiedykolwiek wyzna mi, że o mnie zapomniał.
Nienawidziłam go.
– Więc dlaczego? – spytałam kolejny raz, prawie niesłyszalnie.
– Bo za każdym razem, gdy oczami wyobraźni widziałem twoją smutną, dziecięcą twarz, czułem ukłucie w sercu. Tęskniłem za tobą, Mayu. Chciałem, żeby wszystko było jak dawniej.
– Nigdy nie będzie – odparłam.
– Teraz widzę – przyznał. – Zbyt wiele czasu minęło. Nie jesteś już taką jaką cię zapamiętałem.
Wtedy pierwszy raz poczułam, że wszystko co robię jest złe. Jak wyglądałoby moje życie, gdyby Adrian nigdy nie wyjechał? Jak wyglądałoby ono, gdyby był przy mnie cały ten czas, w którym nie mogłam poradzić sobie z utratą najbliższej mi osoby? Matki. Czy wszyscy, których kochałam musieli mnie opuszczać? Sama chciałam zostawić cały świat w tyle i po prostu skończyć codzienną wegetację. Miałam dość negatywnych uczuć pulsujących w moich żyłach. Miałam dość złości i nieustannych zarzutów wobec innych. Męczyło mnie to. Każdy następny dzień odbierał mi siły. Nie miałam już w sobie wystarczająco dużo nienawiści by przemierzyć z obojętnym wyrazem twarzy resztę życiowej drogi.
Teraz, czułam się jeszcze bardziej oddalona od Adriana niż wtedy, kiedy mieszkał w Hiszpanii. Postawiłam między nami mur tak gruby, że nie potrafiłam go zburzyć.
Jak bardzo rozczarował się widząc ten opłakany obraz? Co czuł, gdy uzmysłowił sobie, że mała, niewinna dziewczynka, na której niegdyś mu zależało już nie istnieje?
– Maya Wodnicka umarła trzy lata temu – szepnęłam.
Prawdopodobnie nie zdałabym sobie sprawy z tego, że w ataku furii przypełzałam do Adriana na odległość zaledwie kilku centymetrów, gdyby nie położył w czułym geście swojej dłoni na mojej głowie mówiąc:
– Powiedz mi dlaczego tak się stało.
Być może teraz był najlepszy moment na to by przy przebić się przez sporą warstwę dystansu.
– Nigdy nie widziałam domu w tych czterech ścianach – zaczęłam wbijając wzrok w panele podłogowe. – Nie po śmierci matki. To ona zawsze wnosiła wszędzie radosną atmosferę, pocieszała mnie, dodawała otuchy, dopingowała we wszystkich sferach życia. Mogłam na niej polegać. Zawsze. Przy niej czułam się bezpieczna i kochana. Ojciec nigdy nie miał czasu, a gdy znalazł nawet chwilę był dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Nigdy nie mówił nic miłego, nigdy nie cieszył się z moich osiągnięć, zawsze powtarzał, że mogło być lepiej. Gdy tylko znajdowałam powód by się z czegoś cieszyć, on go zawsze zabierał. Całe życie patrzył na mnie tym swoim zimnym, pogardliwym spojrzeniem. Grałam na skrzypcach tylko dlatego, że podobało się to mamie. Była taka wesoła, gdy trzymałam w rękach parę skrzypiec, skupiając się na każdym uwalnianym dźwięku. Czułam wtedy, że robię coś dobrego. Ojciec nigdy nie słuchał. Uważał, że gra na skrzypcach to strata czasu. Dla niego wszystko było stratą czasu. Gdy matka zachorowała, nie odwiedzał jej w szpitalu. Nie mówił, że ją kocha, i że wszystko będzie dobrze. Był obojętny na to co wtedy się działo. Jak zawsze. Chciałam wierzyć, że pewnego dnia mama wyjdzie ze szpitala i wszystko wróci do normy, ale kiedy usłyszałam, że łóżko przy którym spędzałam tyle czasu, zostało puste, zdałam sobie sprawę z tego, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo jak wtedy, gdy jej radosna aura wypełniała nasz dom. Ojciec nigdy nie powiedział, że razem damy radę i wspólnymi siłami pogodzimy się ze śmiercią mamy. Nie pocieszał mnie, o nic nie pytał. Po prostu ignorował. Jeden jedyny raz poprosił mnie bym zagrała coś na skrzypcach. Utwór pożegnalny na pogrzebie. Nie ma chyba nic okropniejszego. A później do tego wszystkiego doszła Natasza i Wiktoria. Nie miałam nikogo z kim mogłabym podzielić się swoim bólem. Po jakimś czasie poznałam Julię, która wniosła do mojego życia odrobinę nadziei. Mimo wszystko, w dalszym ciągu nie mogłam sobie poradzić z ciszą i chłodem panującym w domu. Chciałam zwrócić na siebie uwagę innych i jednocześnie udowodnić, że ojciec oraz Natasza nie są mi do niczego potrzebni. Chciałam wyraźnie powiedzieć, że nimi gardzę. Bardzo zależało mi na tym, żeby mieli wyrzuty sumienia. Nie wracałam do domu na noc, urywałam się ze szkoły, niemal codziennie chodziłam na imprezy, piłam, a nawet ćpałam, robiłam wszystko co tylko mogłam żeby ktokolwiek z rodziny zainteresował się moim cierpieniem. Gdy myślałam, że umieram w klubowej łazience zadzwoniłam do ojca, ale on nawet nie odebrał telefonu. Wiesz kto wyprowadził mnie z tej zasyfiałej meliny? Julia. O drugiej w nocy zadzwoniła po taksówkę i przyjechała do klubu żebym nie była zdana na samą siebie. A ja nigdy nie powiedziałam ‘dziękuję’, nigdy nie zrobiłam czegoś za co mogłaby być mi wdzięczna. Najgorsze jest to, że nie uroniłam ani łzy po śmierci matki, i nigdy nie odwiedziłam jej grobu.
Czułam, że powiedziałam wszystko co przez cały ten czas leżało mi na sercu. Nie miałam nic więcej do dodania, nie zamierzałam się tłumaczyć z mojego dotychczasowego zachowania. Jeżeli Adrian zamierzał zaakceptować rewolucję, która nastąpiła w moim życiu przenikając do sfer zachowania i charakteru, mogłam jedynie rozpłakać się ze szczęścia. Nie chciałam natomiast, żeby teraz wstał i wyszedł mówiąc na wyjściu:
– Przykro mi.
Były to słowa ludzi, którzy nic nie rozumieli, słowa puste, nie mające żadnego znaczenia.
Zauważyłam, że doszczętnie straciłam ostrość widzenia, a potok łez zalał dżinsy Adriana. Delikatnie przyłożył palce do mojego policzka i ostrożnie wytarł trzymające się nich łzy. Wyraz jego twarzy wskazywał na to, że nie spodziewał się usłyszeć szczerego wyznania.
Ale czy rozumiał?
Nic nie mówił. Odgarnął pasemko moich włosów, które przykleiło się do wilgotnego policzka i zaczepił je za ucho. W jednej chwili poczułam, że wszystkie smutki zostają odjęte jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mając świadomość, że jest obok, prawdziwy, żywy, ten sam co kiedyś, wydawało mi się, że znajduję się w objęciach puszystej poduszki dodającej mi bezpieczeństwa podczas gwałtownego spadania w dół.
Nie chciałam być więcej złą osobą. Zapragnęłam zmian.