Nawigacja Strona Główna
Autorka
Info
Spis Treści
Rozdział 01
Rozdział 02
Rozdział 03
Rozdział 04
Rozdział 05
Rozdział 06
Rozdział 07
Rozdział 08
Rozdział 09
Rozdział 10

Czytam
recommended
unwantedly
spustoszenie
laura swan
uninvited
collision
rideau

Oceny
nie przeklinam szekspirowskie
przysięgli
opinions
krytyka
Powrót

Początek może zniechęcać. Kombinowałam na wszystkie sposoby żeby poprawić błędy stylistyczne, ostatecznie zdecydowałam się zostawić to co jest.
Obudziłam się z nieprzyjemnym uczuciem.
Ból głowy, karku i nóg przypominał mi żałosną agonię, którą już dawno powinnam była zakończyć.
Gdy otworzyłam oczy, zdałam sobie sprawę z tego jak mocno świeciło słońce.
Resztki sił, które pozostały mi po męczącym wieczorze, przeznaczyłam na wygrzebanie się z miękkiego łóżka.
Podeszłam do okna i zauważyłam, że minionej nocy, gęsta warstwa śniegu spowiła ulice miasta.
Skrzywiłam się, zauważając, że ów śnieg doskonale odbijał promienie słoneczne, które i tak już świeciły z niebywałą namiętnością.
Rzuciłam w przestrzeń siarczyste przekleństwo, po czym zatoczyłam się na parapet wraz z nagłym przypływem pulsującego bólu, który zaczął rozsadzać od wewnątrz moją głowę.
– Nigdy więcej – mruknęłam. Nie dokończyłam zdania, ponieważ doszedł mnie z dołu znajomy i jednocześnie obcy głos. Uchyliłam drewniane drzwi by rozpoznać do kogo należał ten miękki baryton, ale chwilowa cisza i śmiech kilku osób nie ułatwiał mi zadania. Wspólne radowanie zebranych na parterze podnieciła niezdarność Wiktorii biegającej w kółko po salonie. Podeszłam do schodów, wychyliłam się przez barierkę, a następnie zeszłam kilka stopni niżej.
Błękitna koszula, przetarte dżinsy, białe firmowe adidasy zapinane na rzepy i srebrny zegarek spoczywający na ładnym, zgrabnym nadgarstku mogły należeć tylko do jednej osoby. Osoby, której głowa zdobiona ciemnymi, lśniącymi włosami powoli wysuwała się z głębi salonu. Wiedziałam, że kiedy tylko ten tajemniczy gość odwróci się w tył, ujrzę jego niebieskie oczy oraz cienką fioletową kreskę ciągnącą się od źrenicy do końca tęczówki.
– Adrian.
Dokładnie. Kogo innego mogłam spodziewać się w naszym domu o tej porze dnia?
W chwili, w której uzmysłowiłam sobie, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru, poczułam jak na moje policzki wstępuje fala rumieńców.
Ogarnęło mnie bezkresne zażenowanie, gdy wszystkie słowa, które wypowiedziałam pod wpływem emocji niespełna kilka godzin wcześniej, powróciły do mnie niczym bumerang.
Rozradowana Wiktoria siedziała na podłodze, namiętnie skrobiąc coś jedną z kredek, które walały się po całym pokoju.
Właśnie miałam zawrócić do sypialni, gdy usłyszałam cieniutki, skryty nieśmiałością głos złotowłosego aniołka.
– Adrian – powtórzyła. – Kochasz Mayę?
To zdanie wyprowadziło mnie z równowagi. Nie tylko psychicznej, ale również fizycznej. Przede wszystkim fizycznej. Czując, że zaraz zakrztuszę się niedorzecznością, która wręcz parła w powietrzu na moją osobę, poślizgnęłam się na drewnianym stopniu i zsunęłam kilka stopni w dół, bez najmniejszej próby zachowania jakichkolwiek szczątek dyskrecji.
Trzy pary oczu skupiły całą swoją uwagę na mojej nieporadności. Podniosłam się opieszale ze schodów, otrzepałam stłuczony tyłek, chrząknęłam i oznajmiłam, że zmierzam do kuchni. Jakby wydarzenie poprzedzające mój obronny monolog nigdy nie miało miejsca, wszyscy zgodnie pokiwali głowami i wrócili do zachwytu Wiktorią. Niczym niewidzialna zjawa przemknęłam do lodówki i wyciągnęłam karton soku pomarańczowego, który natychmiastowo opróżniłam, wyrzucając zgniecione opakowanie do kosza pod zlewem. Chwyciłam jogurt naturalny, który upchnięty był pomiędzy sałatą a margaryną, i już miałam zawrócić, gdy usłyszałam ponownie zadane pytanie Wiktorii.
Zastanawiałam się, czemu tak bardzo ją to ciekawiło. Po chwili w mojej głowie rozległo się pytanie, które zmusiło mnie do refleksji.
– Ciebie to nie obchodzi, ty mała idiotko? – szeptał wyimaginowany głos, niwecząc moje próby zdarcia aluminiowej przykrywki jogurtu.
– Nie bardzo. – Starałam się przekonać głównie samą sobie. Ja i głos, wiedzieliśmy jednak jaka jest prawda.
Mimo wszystko, moja silniejsza połówka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ruszyłam pewnym krokiem w kierunku salonu i powiedziałam:
– Nie martw się, nie musisz odpowiadać. – Po czym chwyciłam rękaw błękitnej koszuli i pociągnęłam Adriana do przedpokoju.
– Cóż – zaczęłam. – Jestem ci bardzo wdzięczna za wczorajsze kontrolowanie sytuacji. Obarczyłam cię wieloma niepotrzebnymi problemami, niewątpliwie zbyt dużo powiedziałam. Zapewniam cię jednak, że nie musisz tak bardzo brać do siebie tych wszystkich słów, które przez moją niewyparzoną gębę i nadmiar alkoholu ujrzały światło dzienne. Więc, mam nadzieje, że zrozumiesz, kiedy powiem żebyś już sobie poszedł.
Ale Adrian nie drgnął nawet o centymetr. Wpatrywał się we mnie zwyczajnym, obojętnym wzrokiem z wyrazem twarzy, który bynajmniej nie wskazywał na to, że trawi to, co do niego powiedziałam. Prawdopodobnie w ogóle nie myślał o tym co przed chwilą usłyszał. Po kilku dłuższych sekundach odparł:
– Maya, wiem, że trudno wrócić ci do dawnego życia i pokazać ludziom, jak bardzo ci na nich zależy. Ale czego tak naprawdę się boisz?
– Niczego.
– Obiecałaś, że zawsze będziemy przyjaciółmi – przypomniał.
– Ty pierwszy nie dotrzymałeś umowy.
– Przecież wiem, że wcale nie chcesz by tak to wszystko wyglądało.
Stał blisko. Zbyt blisko. Wyczuwałam napięcie, które narastało między nami.
– A skąd możesz wiedzieć czego chcę? – zapytałam oskarżycielsko.
Wyciągnął dłoń w kierunku mojej szyi. Delikatnie musnął opuszkami palców obojczyki, a następnie chwycił jakiś mały przedmiot.
– Bo cały czas nosisz ten naszyjnik – odparł.
Zdawało mi się, że ktoś odciął cały dopływ powietrza, a moje serce zostaje ściśnięte obcęgami. Znów poczułam to nieprzyjemne uczucie napływających do oczu łez.
– Pasuje do kolczyków – odpowiedziałam mało przekonywanym tonem.
– Zwłaszcza, że żadnych na sobie nie masz?
Westchnął, po czym dodał:
– Już najwyższy czas, żebyś przestała robić z siebie męczennicę. Powinnaś chociaż starać się ich zrozumieć.
– Widzę, że nie zajęło im dużo czasu by cię omamić – warknęłam, wyrywając ważkę z jego palców.
– To nie tak Maya…
Ale nie zdążył dokończyć, ponieważ przerwałam mu.
– Więc jak? Wystarczyła godzina słodkich pogawędek, żebyś zaczął trzymać ich stronę!
– Nie trzymam żadnej strony, Maya! Po prostu chcę żebyś przestała żyć w szczelnie zamkniętym świecie, do którego nikogo nie wpuszczasz!
– Nie prawda – szepnęłam z przerażeniem.
– Rozumiem, że jest ci ciężko po utracie mamy, ale to że umarła ona, nie oznacza, że umarłaś ty. Powinnaś korzystać z tego co masz, zanim będzie za późno. Pewnego dnia wszyscy ci, którzy teraz chcą ci pomóc, zrezygnują z bezsensownych starań. Nie dostrzegasz ich poświęceń, bo nieustannie toczysz walkę sama ze sobą. Inni już dawno zeszli z pola bitwy. Przyjdzie taki dzień, kiedy obudzisz się otoczona czterema ścianami i echem własnego oddechu. Nie będzie nikogo, kto wyciągnie do ciebie pomocną dłoń, i zrozumiesz wszystkie popełnione dotychczas błędy. Dojdziesz również do wniosku, że jest za późno by cokolwiek naprawić, bo twoja duma zbytnio ogranicza twoje pole widzenia na otaczające cię sprawy. Nie wiesz, kiedy przestać. Nie rozumiesz, że nikt cię nie atakuje.
W pewnym sensie wiedziałam, że Adrian ma rację. Byłam ograniczona przez własną próżność, która każdego dnia przekonywała mnie do tego, że zasługuję na więcej. Przez ostatni okres czasu ta złośliwa próżność towarzyszyła mi tak długo, że nie wiedziałam jak powiedzieć:
– Żegnaj, zaczynam nowe życie. Maya Wodnicka powraca.
– Masz wspaniałą szansę, żeby zrobić dla kogoś coś dobrego. Nie jesteś na tyle zła by odebrać komuś możliwość dalszego życia, prawda?
– Myślałam, że chociaż na ciebie mogę liczyć – mruknęłam z zawodem.
– Nie. Nie myślałaś tak – zaprzeczył. – Już dawno straciłaś do mnie zaufanie. Przykro mi, że nie możemy dojść do porozumienia.
Odwrócił się z rezygnacją chcąc otworzyć drzwi, kiedy nagle, rozweselona Wiktoria wpadła do przedpokoju.
– Adrian, Adrian! – zawołała. – Już idziesz?
Na jej twarzy pojawił się smutek.
– Tak, pora na mnie – odparł, wymuszając uśmiech. Przykucnął by znaleźć się na jej wysokości, a gdy podeszła do niego pewnym siebie krokiem, oparł swoją dłoń na jej głowie, tak jak oparł ją minionego wieczoru na mojej.
– Głowa do góry – dodał pośpiesznie. – Jeszcze wiele razy się spotkamy. Prawda?
Pokiwała nieśmiało głową przypominając mi dzień sprzed trzynastu lat, kiedy to mnie Adrian zapewniał o ponownych odwiedzinach. Z trudem udało mi się przełknąć ślinę.
– To dla ciebie – odpowiedziała, a na jej policzkach dostrzegłam rumieńce.
Adrian chwycił złożoną na pół kartkę, którą wręczyła mu Wiktoria, i rozłożył ją by zobaczyć dziecięcy rysunek.
Kilkoma kolorami, stylem, jakim czterolatki mają w zwyczaju rysować, namalowane zostały dwie postacie trzymające się za ręce, a pod nimi, koślawymi literkami, rysunek został podpisany „Adrian i Maya”.
Uśmiechnęłam się w bliżej nieokreśloną przestrzeń, czując niewyjaśnione ciepło w okolicy serca.
– Dzięki – odparł, lekko czochrając jej włosy. – Zachowam to na pamiątkę.
Na pożegnanie puścił jej oczko i wyszedł zamykając za sobą delikatnie drzwi.
Gdy udałam się do kuchni, by zaparzyć wodę na herbatę, usłyszałam głos ojca, który wyraźnie rozradowany i zaciekawiony spytał:
– Dlaczego nie powiedziałaś, że Adrian wrócił do Polski?
W głowie usłyszałam swoją standardową odpowiedź:
– Jakby cię to w ogóle obchodziło.
Zamiast tego postanowiłam milczeć.
– Byłaś taka smutna po jego wyjeździe – dodała Natasza. – To miło z jego strony, że przyjechał tu specjalnie dla ciebie, prawda? Wspaniali z was byli przyjaciele.
Z trudem opanowywałam usta przed otwarciem i puszczeniem w dal niewyparzonych słów.
– Wiedziałaś, że przyjechał bez rodziców? Zaprosiliśmy go na święta. Nikt nie powinien być sam w tym dniu – kontynuowała.
Wyjęłam z szafki paczkę Liptona i włożyłam saszetkę do kubka zdobionego literą „M”. Starałam się przy tym ze wszystkich sił nie roztrzaskać porcelany o kuchenne kafelki. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – udało mi się.
– Doszliśmy z twoim ojcem do wniosku, że bardzo byś się ucieszyła, gdyby Adrian mógł zostać na ślubie drużbą.
Chciałam zaprzeczyć i powiedzieć, że cały ten ślub pozbawia mnie resztek cierpliwości, w efekcie jednak wymusiłam na twarzy uśmiech i odparłam, że owszem, bardzo zadawala mnie ich pomysłowość.
Zauważyłam zdziwienie w oczach Nataszy. Rozumiałam ją. W końcu sama byłam pod wrażeniem mojego opanowania.
Gdy woda zagotowała się, zalałam nią herbatę, poczekałam aż przestygnie, a następnie wypiłam. Oznaki zmęczenia zaczynały mijać. Postanowiłam się przewietrzyć.
Ruszyłam ociężale w kierunku przedpokoju, założyłam buty, zielony płaszcz, gdy nagle, malutka rączka pociągnęła mnie za rękaw.
– Mogę iść z tobą? – zapytała Wiktoria wkładając wskazujący palec do buzi. Za każdym razem, gdy wykonywała podobny gest, wszyscy jej ulegali.
Westchnęłam.
– Dobra, ale ubieraj się szybko.
Posłusznie, niezdarnie, zaczęła wkładać zamszowe kozaki, sweter i płaszczyk.
– Maya – zawołała Natasza. – Zanim wyjdziesz, chcieliśmy cię o coś poprosić. Wiemy, że to dla ciebie dużo znaczy, mimo wszystko, bardzo nam na tym zależy.
– O co chodzi? – mruknęłam.
– Chcielibyśmy żebyś zagrała na ślubie marsz weselny – wyjaśniła. Widząc moje zmarszczone czoło, dodała pospiesznie i niepewnie:
– Możesz wybrać jakąkolwiek piosenkę, jeśli chcesz, nawet skomponować…
– Dobra – rzuciłam na odczepnego. – Zastanowię się.
Delikatny uśmiech świadczący o uldze wypłynął na twarz Nataszy.
– To wszystko? – spytałam.
Kiwnęła potakująco głową i wróciła do salonu.
Wiktoria z kilkoma drobnymi problemami otworzyła drzwi i ruszyła przodem w kierunku parku.
Nie wiedziałam dokąd zamierzam iść, ale wskazana przez nią droga, wydawała mi się wcale nie najgorsza.
– Też chcę mieć takiego przyjaciela – powiedziała nieśmiało, chowając twarz w kołnierzu własnego płaszcza.
Uśmiechnęłam się, bardziej do siebie, niż do niej i zapewniłam ją, że bez wątpienia, nie raz w życiu takiego znajdzie. Moje słowa nie wydały jej się jednak wystarczająco szczere. Oboje wiedziałyśmy, co pewnego dnia stanie jej na przeszkodzie. Gdyby nie była czteroletnim dzieckiem, z pewnością czułaby do mnie bezgraniczną nienawiść i żal. Była jednak zbyt mała, by pojąć zabijającą ją prawdę. Zaczynałam czuć do siebie wstręt. Gdzieś w głębi duszy, moja gorsza połówka, ciągle stała za stertami, sprawiając ból ludziom, którzy niczym nie zawinili.
Doszłam do wniosku, że na razie, mogę chociaż w minimalnym stopniu postarać się wynagrodzić krzywdę, jaką jej wyrządziłam.
– Wiktoria? – zaczęłam niepewnie. Nigdy nie zwracałam się do niej po imieniu, nigdy nie starałam się być miła. Zawsze dziwiło mnie, czemu tak bezwarunkowo pragnęła się do mnie przybliżyć przez cały ten czas, kiedy byłam dla niej okrutna. – Chcesz żeby pokazać ci fajne, tajemnicze miejsce?
Spojrzała na mnie pytająco, z rosnącą w oczach radością. Poczułam jak moje serce zaczęło bić mocniej, gdy jej jasną twarz wykrzywił szczery uśmiech. Pokiwała entuzjastycznie główką i wyciągnęła do mnie swoją małą dłoń. Po chwili wahania chwyciłam ją.
Zamierzałam zaprowadzić ją do miejsca, którego nigdy nikomu nie pokazałam. Ostatni raz byłam tam dwanaście lat temu. Nie pokonałam jednak rzędu krzaków. Nie miałam odwagi zrobić tego sama.
– Nakarmimy kiedyś kaczki? – zapytała Wiktoria, kiedy przechodziłyśmy wzdłuż mostku ciągnącego się w poprzek stawu.
– Czemu nie?
Tak właściwie sama miałam na to ochotę. Miałam ochotę znów stać się dzieckiem i uwolnić od wszystkich codziennych problemów. Od świadomości.
– Ciemno tutaj – zauważyła, gdy zeszłyśmy na małą ścieżkę prowadzącą na plac zabaw.
– Wiem – odparłam.
– Co tam będzie?
– Sama zobaczysz.
Nie byłam jednak pewna, czy miejsce, które niegdyś tyle dla mnie znaczyło jeszcze istnieje.
Po krótkiej chwili, zza drzew wyłoniły się dwie huśtawki.
Odetchnęłam z ulgą.
– Ale super. Nikogo tu nie ma! – krzyknęła Wiktoria wyrywając swoją dłoń z mojego uścisku. Puściła się pędem w kierunku placu zabaw z prędkością zadziwiająco wolną, nawet jak na dziecko.
Rozejrzałam się dookoła. Oczami wyobraźni powróciłam do innych czasów, obserwując nimi dwójkę dzieci, wzajemnie ganiających się wzdłuż łąki. Poczułam jak w moim gardle rośnie duża gula, a całe ciało przechodzi fala dreszczy.
– Mayu, dlaczego jesteś smutna? – zapytała Wiktoria podchodząc kilka kroków w przód.
– Nie jestem – zapewniłam i dyskretnie otarłam zbierające się w kącikach oczu łzy.
Przechyliła główkę w bok starając się uwierzyć w moje słowa.
Nie była taka głupia, za jaką miałam ją przez cały ten czas.
– Mogę się pohuśtać? – spytała.
– Jasne.
– Jasne jak słońce – dodała.
Przysiadłam na brzegu drugiej, wolnej huśtawki, czując jak cały ciężar natychmiastowo zostaje ze mnie zdjęty.
Potrzebowałam skoncentrować się na własnych myślach. Chciałam wybrać drogę, którą dalej powinnam się kierować. Miałam problem z określeniem własnego ja i nie wiedziałam, czego tak naprawdę oczekuję od życia. Kiedy wydawało mi się, że wszystko jest idealnie poukładane, mój sposób oceniania świata i wytrenowany dystans do ludzi, powrócił ktoś, kto w zwyczaju miał udzielanie życiowych rad. Ze wstydem musiałam przyznać, że jego zdanie zawsze wydawało mi się nieomylne, i nawet jeżeli starałam się ignorować jego wskazówki, podświadomie, gdzieś w głębi duszy zaczynałam się do nich stosować.
Ostatnie pięć lat życia dawało mi złudny obraz dotyczący rzeczywistości. Wydawało mi się, że ze wszystkich znany mi ludzi, to ja posiadam największe doświadczenie życiowe. Adrian uświadomił mnie, że byłam w błędzie.
Cały czas karmiłam się niesprawiedliwością świata, która wydawała mi się jedynym usprawiedliwieniem. Wiedziałam, że zaczął zbliżać się moment, w którym inni pozostaną obojętni na mój marny los.
Musiałam naprawić popełnione błędy, póki jeszcze miałam na to czas.
– Wik… – zaczęłam. Urwałam w momencie, w którym zobaczyłam jak jej drobne ciało bezwładnie osuwa się w dół, a następnie spada z huśtawki.
Poderwałam się jak oparzona, niewiedząc co właściwie powinnam zrobić.
– Wiktoria?!
Szybko zatrzymałam huśtawkę i podbiegłam do leżącej na ziemi dziewczynki. Jej twarz przykrywała zasłona złotych loków, które szybko ogarnęłam z przerażeniem.
– Wiki? – powtarzałam nieustannie, chociaż wiedziałam, że mnie nie słyszy. Nachyliłam się by sprawdzić jej oddech, niestety, ku mojej wielkiej rozpaczy, nie wyczuwałam go. Zamknęłam na chwilę oczy by ogarnąć rosnącą wewnątrz mnie panikę. Wyjęłam z kieszeni płaszczu telefon komórkowy i wykręciłam numer pogotowia ratunkowego.
– Halo?! Potrzebna karetka do parku Julianowskiego, od strony cmentarza przy ulicy Zgierskiej!
Zaczęłam żałować, że zamiast uważnie słuchać na lekcji przysposobienia obronnego, rysowałam kwiatki na ostatniej stronie zeszytu.
Ukryłam twarz w dłoniach, zastanawiając się nad dalszym postępowaniem.
– Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy – słowa profesor Bogusławskiej odbijały się echem w mojej głowie.
– A u dziecka? – zapytałam z paniką jakbym liczyła, na to, że ktoś mi odpowie.
– Pięć wdechów – podpowiedział wyimaginowany głos.
Tak też zrobiłam.
Ostatecznie, zdałam sobie sprawę, że w środku lasu nikt nas nie znajdzie. Podniosłam drobne ciało Wiktorii z ziemi i ruszyłam pędem w kierunku opisanego przeze mnie cmentarza.
– Co za ironia – pomyślałam.
Ogarnęła mnie wewnątrz całkowita bezradność. Teraz, całe życie Wiktorii było w rękach obcych ludzi, którzy na sygnale pędzili w naszym kierunku. Byłam gotowa zrobić wszystko, ale nie mogłam zrobić nic.
– Jeżeli teraz się uda, obiecuję, że ci pomogę! – zaszlochałam nad Wiktorią. – Proszę, nie umieraj, jesteś za młoda!
Karetka zatrzymała się na poboczu. Dwóch, młodych sanitariuszy pośpiesznie wysiadło ze środka.
– Co się stało? – zapytał jeden.
– Zasłabła na huśtawce. Spadła. Jest chora na białaczkę, nie wiem, czy to było przyczyną wypadku.
– Udzielała pani jakiejś pomocy?
– Pięć wdechów – odparłam niepewnie.
– Jest pani z rodziny?
– Tak.
– Zapraszam do środka.
Pracownik pogotowia wydawał się być miły. Ciepły uśmiech na jego twarzy dodawał mi otuchy, wiedziałam jednak, że to ja w dużej mierze byłam winna zaistniałej sytuacji.
– Jeszcze nie jest dla niej za późno, prawda? – zapytałam, ciągnąc sanitariusza za nogawkę spodni.
Zakładając maskę tlenową na usta Wiktorii odparł, że nie jest w stanie ocenić stopnia zaawansowania jej choroby, dodał jednak, żebym się nie martwiła.
Chciałam w to wierzyć. Zwłaszcza teraz, gdy ostatecznie podjęłam decyzję.


3 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

latte.art latte.art.poniedziałek, 5.kwietnia.2010, 17:27
83.10.8.107

Przeczytałam całość i jestem strasznie zawiedziona.. dzisiejszymi czasami. Twoje opowiadanie uświadomiło mi, że nie ma już takich mężczyzn.. A szkoda.. Nie będę krytykowała błędów stylistycznych albo przecinków, bo nie jestem pisarką i nie znam się na tym, ale powiem Ci jedno: bardzo podoba mi się pomysł i Twoje wykonanie, podoba mi się Twój styl. Patrzyłam na daty, w jakich dodawałaś kolejne rozdziały i jestem przerażona, bo nie wiem, kiedy zamieścisz 7 rozdział.. Wiem ile masz zajęć w szkole i poza nią i mam nadzieję, że dość szybko napiszesz 8 część. Trzymam kciuki i do zobaczenia w środę ;P :*

Karo Karo.poniedziałek, 5.kwietnia.2010, 22:59
79.163.62.57

O lol. cholera. adrian to taki zajebisty gosc. to jest troche jak twoja notka na drugim blogu o tym snie o milosci. milosci nie ma, nie ma tez idealnych adrianow na swiecie, a przynajmniej w naszym otoczeniu.
szkoda wiki, zobaczymy co z nia zrobisz xD

Clorarmakap Clorarmakap.niedziela, 26.czerwca.2011, 01:53
119.6.105.40

Very Interesting Blog! Thank You For Thi Information!