Nawigacja Strona Główna
Autorka
Info
Spis Treści
Rozdział 01
Rozdział 02
Rozdział 03
Rozdział 04
Rozdział 05
Rozdział 06
Rozdział 07
Rozdział 08
Rozdział 09
Rozdział 10

Czytam
recommended
unwantedly
spustoszenie
laura swan
uninvited
collision
rideau

Oceny
nie przeklinam szekspirowskie
przysięgli
opinions
krytyka
Powrót

Pobyt w szpitalu był męczący.
Godziny poświęcone czekaniu, nerwowe spoglądanie na zegarek i świadomość o tym jak duże znaczenie ma każda sekunda, nie tylko zmuszała mnie do refleksji, ale również doprowadzała do powolnej utraty samokontroli.
Widok zapłakanej Nataszy, przekraczającej próg szpitalnej windy sprawił, że pierwszy raz zobaczyłam w niej nie tylko rudą złodziejkę ojców, ale przede wszystkim kobietę, i nieszczęśliwą matkę – bezradną, zdaną na łaskę rozkapryszonej siedemnastolatki, która mówiła ‘nie’ dla zasady.
W tamtej chwili nie myślałam o bólu. Nie myślałam również o tym, że łamię wszystkie swoje dotychczasowe postanowienia. Zdawałam sobie sprawę z tego, że pierwszy raz od dłuższego czasu odezwały się we mnie naturalne, ludzkie odruchy i chęć niesienia pomocy.
– Brakuje jeszcze tego, że zostanę jakąś pieprzoną wolontariuszką – mruknęłam pod nosem, a kobieta, w poczekalni, która siedziała obok mnie, spojrzała na mnie z przerażeniem.
Gdy wreszcie zostałam zaproszona na salę, zapomniałam o lęku przed narkozą, o prawdopodobnym bólu i mdlącej dobroczynności. Chciałam pozbyć się wyrzutów sumienia, które nawiedziły mnie wraz z utratą przytomności Wiktorii. Chciałam, żeby czteroletnie dziecko, które nie miało czasu zgrzeszyć, dalej żyło. Nie mogło jednak umknąć mojej uwadze, że ostatnią myślą, która pojawiła się w mojej głowie tuż przed zamknięciem oczu, był powrót dawnego przyjaciela.

Gdy pozwolili mi opuścić szpital, nie mogłam powstrzymać się przed kilkuminutowymi odwiedzinami Wiktorii. Czas, który spędziła na sali operacyjnej, był wystarczająco długi dla osoby będącej w jej wieku. Drobne, delikatne ciało skryte pod białą, szpitalną pościelą, wydawało się być całkowicie bezbronne i osłabione. Wykorzystałam moment, w którym Natasza postanowiła kupić w bufecie kolejną kawę, i stanąć za szybą, za którą Wiki przyjmowała wszystkich gości. Żałowałam, że ze względu na okres kwarantanny, spowodowany brakiem krwinek białych i osłabieniem organizmu, nie mogę zbliżyć się do niej, by odgarnąć jej złote loki.
– Cóż, Wiki – powiedziałam do szyby. – Będziesz miała dużo czasu żeby przekonać się na własnej skórze jak beznadziejne jest życie, i że karmienie kaczek wcale nie sprawia radości.
– Sprawia – odpowiedziała osoba stojąca za moimi plecami.
Odwróciłam się by zobaczyć kto to.
– Sprawia, jeżeli przestajesz dbać o to, która jest godzina i jaki mamy dzień tygodnia – wyjaśniła Natasza. – Wtedy wiele błahostek zadawala. Powinnaś kiedyś ponownie spróbować.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co. Pamiętałam jednak nic nieznaczące wygłupy, które dzieliłam razem z Adrianem.
Nie dbałam wtedy o to, która jest godzina, ani jaki mamy dzień tygodnia.
– Maya – zaczęła Natasza.
Widziałam, że wyraz jej twarzy zmienił się. Spoważniała.
– Nie masz pojęcia jak bardzo jestem ci wdzięczna za to co zrobiłaś – powiedziała, kładąc rękę na mim ramieniu. – Wiedziałam, że gdzieś w głębi twojego serca dalej drzemie ta sama, dawna Maya, która cieszyła się, zrywając dmuchawce. Powinnaś teraz do niego pójść, prawda?
Uśmiechnęłam się słabo, czując ogarniające mnie ciepło. Z drugiej strony wypełnił mnie wstyd, bo zdałam sobie sprawę z tego, że kolejny raz Adrian miał rację; powinnam była chociaż starać się ich zrozumieć.
Kiwnęłam potakująco głową. Chciałam do niego pójść, ale nie wiedziałam gdzie. Zrezygnowałam więc z tego absurdalnego pomysłu, i zdecydowałam się na powrót do domu. Ponieważ autobusowy ścisk nie znajdował się na liście moich ulubionych rzeczy, jak najczęściej starałam się unikać kontaktu z komunikacją miejską, zwłaszcza w zimowe wieczory – takie jak ten.
Osłabienie spowodowane zabiegiem było dodatkowym powodem, który zniechęcił mnie do niewygodnej podróży miejskim przewoźnikiem. Postanowiłam zamówić taksówkę. Czekając na nią, miałam wiele czasu do namysłu i zamierzałam odpowiednio go spożytkować.
Wyciągnęłam telefon komórkowy z kieszeni płaszcza, i wybrałam numer swojej najlepszej przyjaciółki.
– Halo? – sygnał połączenia przerwał zaspany głos Julii
– Śpisz już? – zdziwiłam się.
– Popołudniowa drzemka – wyjaśniła zaraz po tym, kiedy zakończyła ziewanie. – O co chodzi?
– Zastanawiałam się, czy nie miałabyś ochoty spotkać się dzisiaj w jakiejś lodziarni? Jutro jest Wigilia, później ślub ojca i Nataszy, prawdopodobnie nie będziemy miały czasu porozmawiać w przeciągu kilku, najbliższych dni.
– Czemu nie? – stwierdziła. – Możemy się spotkać, tylko szczerze mówiąc, nie za bardzo chce mi się wywlekać tyłek w ten mróz. Przyjedź do mnie, obejrzymy jakiś film, zostaniesz na noc, nażremy się chipsów z Biedronki i usmażymy frytki.
– Okej – odparłam. – Muszę kończyć – dodałam, gdy zobaczyłam nadjeżdżającą taksówkę.

Gdy wysiadłam z samochodu, nie wiedziałam czy mam udawać zaskoczoną, widząc Adriana siedzącego na schodkach domu. Wstał, chowając dłonie do kieszeni czarnego, krótkiego płaszcza.
Uśmiech mimowolnie zawitał na mojej twarzy.
– Cześć – rzuciłam lekko.
Pierwszy raz od dwunastu lat zależało mi na tym by pokazać mu, jak bardzo cieszę się z jego obecności.
– Cześć – odpowiedział podchodząc bliżej. – Słyszałem o twoim szlachetnym geście. Czyżby to miało…
– Tak – odparłam zanim zdążył zakończyć swoje pytanie. – Twoje słowa miały z tym wiele wspólnego. Nie powiem, że nie. Skłamałabym wtedy.
– Dlaczego? Myślałem, że wszystko co powiedziałem, puściłaś mimo uszu.
– Bo puściłam. W pewnym sensie.
– Tylko w pewnym?
– W dużej mierze tak, ale później postanowiłam to wszystko przemyśleć. Mądrzy ludzie zawsze starają się być otwarci na wskazówki innych. Miałeś rację. W wielu sprawach. Zazwyczaj tak jest.
– Wiesz, że nie chodzi o to kto miał rację, tylko o to jak jest lepiej.
– Nigdy nie będzie dobrze – przyznałam ze smutkiem. – Nigdy w pełni.
– I dotyczy to każdego, nie tylko ciebie.
– Co cię tutaj dzisiaj sprowadza? – zmieniłam temat.
Uśmiechnął się, jakby tylko czekał na to, kiedy zadam to pytanie.
– Natasza mówiła, że będziesz komponować utwór na ich wesele, i że prawdopodobnie przyda ci się pomoc.
– Natasza? Komponować? – powtórzyłam ze zdziwieniem, unosząc prawą brew do góry. Po chwili przypomniałam sobie jednak jego wcześniejsze słowa i postanowiłam zrezygnować z okazywania lekkiego poirytowania, które pojawiło się w chwili, w której uzmysłowiłam sobie w jak wiele spraw mieszała się ostatnimi czasy Natasza.
– Zamierzasz jeszcze dzisiaj wejść do środka? – zapytał, unosząc usta w ironicznym uśmiechu.
Po chwili wahania wyjęłam klucze z kieszeni dżinsów i otworzyłam frontowe drzwi, zapraszając Adriana do środka.
– Nie powiedziałam, że zagram – wyjaśniłam. – Powiedziałam, że się zastanowię.
– Dlaczego miałabyś tego nie zrobić?
Zawiesiłam płaszcz na wieszaku i w milczeniu udałam się do salonu, gdzie podwinęłam rękawy błękitnej koszuli i przysiadłam na brzegu białego fotela.
Westchnęłam ze smutkiem, spoglądając na zainteresowanego Adriana.
– Nie umiem już grać – przyznałam z zażenowaniem. – Przestałam cztery lata temu.
– Nie zapomina się gry na skrzypcach, od tak! – powiedział. – Nie, kiedy potrafi się grać tak pięknie jak ty kiedyś miałaś w zwyczaju.
– Nie umiem – powtórzyłam z naciskiem. – Próbowałam już.
– Nie chrzań – mruknął. – Poddałaś się zaraz po pierwszej próbie. Dawniej nie dopuściłabyś do siebie myśli, żeby rzucić skrzypce w kąt, a teraz po prostu, jak gdyby nigdy nic, mówisz, że nie potrafisz na nich grać. Każde dziecko wie, że gdy raz nauczysz się jeździć na rowerze, nie zapomnisz tego nawet po trzydziestu latach.
– Tu nie chodzi o jazdę na rowerze, Adrian!
– Mylisz się. Właśnie o to tutaj chodzi. Więc idź po skrzypce i wyobraź sobie, że wsiadasz na swój różowy rower przyozdobiony białymi wstążkami i wskrześ chociaż jeden porządny dźwięk, by udowodnić to samej sobie. Jeżeli ja wiem, że jesteś w stanie to zrobić, ty również powinnaś być tego świadoma.
– Dlaczego tak ci na tym zależy? – spytałam. Przez chwilę wpatrywałam się w jego twarz, by znaleźć na niej jakąkolwiek wskazówkę, która wyjaśniłaby mi to nieuzasadnione zaangażowanie, ale on patrzył przed siebie beznamiętnym wzrokiem, jakby nie posiadał żadnych uczuć.
– Po prostu idź po nie – odparł chłodnym tonem.
Wiedziałam, że dalsze zadawanie pytań nie ma sensu. Mimo wszystko nie chciałam robić tego co mi kazał. Wstałam z fotela i udałam się do sypialni, gdzie pod łóżkiem, zaraz obok starannie zabezpieczonego pudełka schowałam swoje skrzypce. Chwyciłam zarówno futerał jak i pudełko i zeszłam na dół ze zwiększoną pewnością siebie.
– Wiesz Adrian, jak próbowałam sobie poradzić z twoim wyjazdem? – zapytałam, odkładając pudełko na fotel. – Nie mówiłam o tym wcześniej, bo doszłam do wniosku, że jest to zbyt żenujące, by kiedykolwiek przyznać się do podobnego czynu, ale teraz uświadomiłam sobie, że lepiej jest zaakceptować największą głupotę, niż otaczać się ścianą tajemniczości, jak masz to w zwyczaju robić ty. Przyjechałeś tutaj bez żadnych uprzedzeń, żeby odegrać rolę jakiegoś pieprzonego anioła stróża, mentora czy – Bóg jeden wie – kogo innego, a każde moje pytanie zbywasz półsłówkami, wracając do swoich bezmyślnych pouczeń. A może podoba mi się moje dotychczasowe życie, hę? Nigdy nawet o to nie zapytałeś. Więc ja zapytam ciebie, jeden jedyny raz; jesteś ciekawy, jak radziłam sobie z twoim wyjazdem przez bite siedem lat?
Spojrzał na mnie oczami psa skamlającego o resztki obiadowe, a następnie zmierzył wzrokiem stojące na fotelu pudełko.
– Jestem ciekaw – odparł po chwili. Jego głos nie był już taki pewny, jak wcześniej.
– Pisałam listy, Adrian – odparłam. – Pisałam listy. Chowałam je do koperty, zaklejałam i starannie kaligrafowałam twoje nazwisko na jej odwrocie. Nie wysyłałam, bo nie miałam dokąd, ale wierzyłam w to, że pewnego dnia odpowiesz na wszystkie moje wiadomości.
Adrian ponownie zlustrował swoim spojrzeniem stojące na fotelu pudełko, a następnie przeniósł swój wzrok na moją twarz i zapytał z dozą niepewności:
– Mogę je przeczytać?
Nie spodziewałam się, że będzie chciał to zrobić, dlatego nie wiedziałam jakiej powinnam udzielić mu odpowiedzi.
– Nie jestem pewna czy jest w tym jakikolwiek sens. Na dzień dzisiejszy obawiam się, że jednak nie ma.
– Proszę.
Magiczne słowa zawsze potrafiły zdziałać cuda.
– Ostatni napisałam w dniu jej śmierci – powiedziałam wręczając pudełko do jego rąk. – Nie chcę żebyś czytał je w mojej obecności.
– Zatem wróćmy do muzyki. – Odstawił pudełko na szklany stoliczek i poklepał jego przykrywkę, posyłając mi wymuszony uśmiech. – Dla towarzystwa, mogę zagrać na pianinie.
– Umiesz grać na pianinie? – zdziwiłam się
– Wielu rzeczy nauczyłem się przez te dwanaście lat.
Zerknął w kierunku lśniącego fortepianu. Wiedziałam, że czeka na moje zezwolenie, by móc przy nim zasiąść. Wciąż jednak miałam co do tego pewne wątpliwości.
– Daj spokój, Maya – mruknął. Były to słowa, które zazwyczaj zaczynały reprymendę dotyczącą mojego niestosownego zachowania.
– Chciałam po prostu zachować po niej jakąś pamiątkę – wyjaśniłam. – Nikt inny nie siadał przy tym fortepianie.
Ton jego następnej wypowiedzi był nieco inny, niż mogłabym się spodziewać.
Uśmiechnął się zachęcająco i odparł:
– Oh, Maya. Masz po niej wiele pamiątek. Rozejrzyj się dookoła, są to chociażby zdjęcia, ale najważniejszą, twoje wspomnienia.
– Wspomnienia? Ulotne i subiektywne? – zauważyłam.
– To jakie będą, zależy tylko i wyłącznie od ciebie.
– Zdjęcia, które ojciec zdjął ze ściany?
– Nigdy nie myślałaś o tym, żeby pójść z nimi na jakiś kompromis? – zapytał, krzywiąc się z niesmakiem.
– Między nami jest tyle nieporozumień, że nie da się iść na żaden kompromis. Jedyne co mi pozostało to powierzchowna tolerancja oraz wieczne ignorowanie.
– Co jest niezdrowe – przytknął kąśliwie.
– Dla mnie to najlepsze rozwiązanie.
Zachęcająco kiwnęłam ręką w kierunku fortepianu by uciszyć jego wymyślne uwagi, które najwyraźniej nigdy nie miały końca.
– Chcę, żebyś zagrał razem ze mną – przyznałam. – Naprawdę.
Uśmiechnął się wyraźnie usatysfakcjonowany moją odpowiedzią.
– I jeszcze jedno – wtrąciłam. – Przestań mnie ciągle pouczać. Duża już ze mnie dziewczynka.
Otworzyłam futerał. Chciałam powrócić do gry na skrzypcach, jednak obawiałam się, że poziom mojej perfekcji już nigdy nie będzie taki sam.
Adrian usiadł przed fortepianem i powiedział:
– Jeżeli nie masz na razie żadnego pomysłu, proponuję zagrać utwór Mozarta – „Eine Kleine Natchmusik”.
– Na dobrą sprawę myślałam o „Saving Josh”. Trevora Morrisa.
– Idziesz na pogrzeb? – zapytał ze zdziwieniem.
– To ma być utwór do tańca, Adrian. „Eine kleine Nachtmusik” jest dobre żeby posłuchać tuż przed zaśnięciem.
– Racja, zapomniałem, że „Saving Josh” to zaiste taneczny utwór. Daj spokój, od razu pomyślmy o „.Polonezie”.
– To nie jestest śmieszne – mruknęłam, gdy spostrzegłam jego rozbawienie.
– Masz rację, nie jest. Dlatego nadal stawiam na „Eine kleine Nachtmusik”. Trudno mi jednak wypowiadać się na ten temat, ponieważ jedyny utwór, który słyszałem w twoim wykonaniu to „Canon”.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Nie mogłam zaprzeczyć, że ta propozycja była odpowiednia.
– „Canon” jest okej – przyznałam, sięgając po smyczek.
Ten utwór przypominał mi chwile, o których nie chciałam pamiętać. Nadszedł jednak czas, by pozbyć się głęboko skrywanej niechęci do kompozycji Pachelbela.
– Nuty są schowane pod klapą fortepianu – dodałam.
– Trochę dziwne miejsce – powiedział, sięgając po nie. – Tobie są niepotrzebne? – zapytał, gdy zauważył, że przymierzam się do gry.
– Zazwyczaj uczyłam się grać ze słuchu, a chwyty do „Canon” pamiętałam przez całe życie. Przyznam szczerze, że nawet nie wiem, jak wyglądają nuty do tego utworu.
– Zadziwiające – wyszeptał, gdzieś przed siebie, prawdopodobnie myśląc, że nie usłyszę. – Powodzenia – zawołał, tym razem na głos. – Zaczynamy.
Nie mogłam wyjść z podziwu, gdy pierwsze dźwięki, które udało mi się wskrzesić, były całkowicie czyste. Zamknęłam oczy, delektując się rozpierającą mnie od środka radością oraz satysfakcją.
Nie wszystko było stracone.

– O mój Boże, która godzina! – krzyknęłam z przerażeniem, patrząc na zegarek. – Umówiłam się z Julią. Adrian, muszę iść. W zasadzie to mój dom, więc ty też powinieneś. Bez obrazy, oczywiście.
Uśmiechnął się nonszalancko i wstał od fortepianu.
– Tak właściwie, to gdzie teraz mieszkasz? – spytałam.
– W hotelu.
– Masz zamiar wynajmować tam pokój do końca życia?
– Dobranoc, Mayu – odpowiedział. Pochylił się w moim kierunku i pocałował delikatnie w czoło.
– Dobranoc.
Rozeszliśmy się w dwóch kierunkach. On w prawo, ja w lewo, na cholerny przystanek autobusowy.
Cieszyłam się ze spotkania z Julią. Chciałam ją przeprosić za moje nieodpowiednie zachowanie i zbyt wielkie rozkapryszenie.
Za całokształt. Za te całe dwanaście lat, kiedy obarczałam ją swoimi problemami, nigdy nie mówiąc „dziękuję” ani „przepraszam”. Za egocentryzm i egoizm. Oraz za to, że, kiedy najwyraźniej ona miała wielki problem, nie okazałam się być osobą godną zaufania, taką która potrafiłaby okazać wsparcie.


3 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Karo Karo.niedziela, 11.kwietnia.2010, 00:59
79.163.5.68

I WRESZCIE zaczyna byc cos nie tak z Adrianem! Taaak

Karo Karo.niedziela, 11.kwietnia.2010, 01:01
79.163.5.68

Jaaaaaaaaaaa. Nienawidze tych komentarzy, znowu mi ucielo!
Napisalam, ze super, ze cos jest niejasnego z Adrianem, bo bylo to zbyt idalne, gdyby byl taki jasny i przejrzysty. W nastepnym rozdziale mozsz ukazac Maye jako superwoman ratujaca ziemie przed jakims meteorytem, jesli juz cos wspomnialas o jakiejs dzialalnosci charytatywnej xD.
Supcio, nie moge sie doczekac rozdzialku z weselkiem xD

truskawka truskawkaniedziela, 11.kwietnia.2010, 18:33
83.220.122.55

Nowa notka. Zapraszamy!