Nad ranem wygrzebałam się spod pościeli rozłożonej na podłodze, w pokoju Julii. Przetarłam oczy i ubrałam się pośpiesznie w ubiegłodniowe ciuchy, zachowując przy tym jak najwięcej ostrożności, by nie zbudzić leżącej pod kołdrą przyjaciółki. Zgarnęłam leżące na podłodze butelki po tanim, ruskim szampanie i wyłączyłam telewizor, który grał przez całą noc. Spakowałam swoje rzeczy do torebki, wyrwałam kartkę z notatnika i zostawiłam na biurku liścik:
Wesołych Świąt.
Mam nadzieję, że przyjdziesz na ślub.
Nie martw się, ogarnęłam wczorajszy bałagan.
Gorące całuski.
Maya
Chociaż tyle mogłam zrobić, by wynagrodzić jej swoje tchórzostwo. Zamiast uczciwie przyznać się do popełnionych błędów, ponownie wybrałam milczenie.
Wrzuciłam resztki po babskim wieczorze do osiedlowego śmietnika i udałam się na przystanek autobusowy.
Było wcześnie rano, słońce jeszcze nie wzeszło zza horyzontu, tylko szereg latarni oświetlał opustoszałe uliczki. Usiadłam na przystankowej ławce, podkulając nogi pod brodę w oczekiwaniu na autobus linii sześćdziesiąt pięć.
– Cholerne zadupie – mruknęłam, spoglądając na zegarek po dłuższym oczekiwaniu. – Cholerne święta.
Przeciągle ziewnęłam, gdy pusty, niskopodłogowy autobus zjawił się na przystanku.
– Dzień dobry – zwróciłam się do kierowcy. – Można kupić u pana bilet?
Chudy mężczyzna w średnim wieku rzucił w lusterku mordercze spojrzenie, po czym łaskawie odparł:
– Zastanowię się.
Wygrzebałam drobne z różowej, skórzanej portmonetki, którą trzy lata wcześniej Julia podarowała mi na święta.
– Ulgowy czy normalny? – mruknął niezrozumiale.
Spojrzałam na niego w oczekiwaniu na powtórkę pytania.
– Ulgowy czy normalny?! – krzyknął nerwowo.
– Ulgowy.
Wręczyłam mężczyźnie drobne i zabrałam bilet, który następnie skasowałam
Uwielbiałam wieczorne lub wczesnoporanne powroty do domu, gdy nikogo nie było w autobusie. Cisza i spokój umożliwiały mi absolutną koncentrację na otaczającym mnie świecie i brudnych, zaniedbanych ulicach miasta. Nienawidziłam Łodzi, mieszkających w niej ludzi, siebie, ale kochałam chwile samotności, których nikt nie mógł mi zakłócić.
Wysiadając z autobusu omal nie poślizgnęłam się na świeżo zamarzniętym lodzie. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak piękny widok stwarzały małe uliczki przysypane gęstą warstwą śniegu, razem z rosnącymi na poboczach drzewami, całkowicie białymi od pokrywającego je puchu.
Przez okna sąsiednich domów widziałam przystrojone choinki i wyczuwałam unoszącą się wewnątrz rodzinną atmosferę. Żałowałam, że nigdy nie poczuję tego samego, zasiadając do wigilijnej kolacji we własnych czterech ścianach.
Wiedziałam, że teraz, kiedy Wiktoria leżała w szpitalu, nikogo nie zastanę w domu, i właśnie dlatego, ogarnęło mnie chwilowe przerażenie, gdy zauważyłam, że frontowe drzwi były otwarte.
Niepewnie przekroczyłam próg domu i z dudniącym sercem skierowałam się w stronę salonu.
– Wujek Harry? – mruknęłam. – O mój Boże!
Nie wiedziałam czy powinnam wierzyć własnym oczom, czy wszystko to co widziałam było jedynie głupim żartem mojej wyobraźni. A widziałam wesołego, opanowanego bruneta, który siedział na kanapie, na drugim końcu pokoju gościnnego.
– O mój Boże! – powtórzyłam – Nie do wiary! – Co ty tutaj robisz?
Rozejrzałam się po salonie w poszukiwaniu czegoś równie zadziwiającego, jak odwiedziny wujka Harrego. I wtedy to zobaczyłam. Choinkę. Żywą, wysoką choinkę.
– Co do cholery?! Choinka?! Żywa?
– Mayu, skarbie, wiedziałem, że ucieszysz się na mój widok – powiedział wujek Harry, wyciągając ręce na przywitanie. W innych okolicznościach być może rzuciłabym mu się w ramiona. Teraz nie miałam do tego nastroju.
– Pieprzona choinka?! – nie dawałam za wygraną.
– Twój ojciec…
– Mój ojciec?! Niech zgadnę; mój ojciec kazał ci tu przytaszczyć pieprzoną, żywą choinkę, a ty bez żadnych oporów skoczyłeś do lasu z siekierą, zapominając o przeszłości?!
– Tak właściwie to Natasza…
– Natasza?! Cudowna Natasza. Cóż za niespodzianka! Natasza powiedziała, że chce na Gwiazdkę żywą choinkę, i voilà! Jebana, żywa choinka stoi w naszym jebanym salonie!
– Maya, dość! – krzyknął wujek. – Rozumiem twoją złość, ale są pewne granice!
– Nie ma żadnych granic! Nie ma żadnych, pierdolonych granic, od kiedy nasza pojebana rodzinka rozbiła się na miliard drobnych kawałków. Nie rozumiesz tego?
– Nie. Nie rozumiem. Nie tak.
– Och proszę cię, na litość boską! – jęknęłam, siadając na białym fotelu. Wyciągnęłam z torebki paczkę Marlboro oraz zapalniczkę, a następnie starałam się zapalić jednego z papierosów. Drżące dłonie oraz przypływ adrenaliny nie ułatwił mi tego zadania. – Przecież mieliśmy to samo zdanie, nie pamiętasz?
– Pamiętam, Mayu, kwiatuszku. Pamiętam wszystko z fotograficzną dokładnością. Dlatego właśnie przyniosłem tutaj tę choinkę. Dla ciebie.
– Dla mnie? – zdziwiłam się.
– Tak dla ciebie. Pamiętasz przecież, że ona…
– Pamiętam – przerwałam mu. Nie chciałam słyszeć szczegółów, które wystarczająco długo utrzymywały się wewnątrz mojej głowy.
Rzuciłam pod nosem wiązankę przekleństw, gry zapalniczka nie chciała podarować mi nawet najmniejszego płomyka.
Srebrny przedmiot przeleciał w moim kierunku ponad szklanym blatem stolika. Chwyciłam go i odpaliłam papierosa, zaciągając się jak nałogowy palacz, który po daremnych próbach rzucenia nałogu, powrócił do swojej zabijającej przyjemności.
– Nie powinnaś palić – zauważył ze stoickim spokojem, gotowy do dalszej dyskusji.
– Jej zdanie nigdy się nie liczyło? – zapytałam z żalem, wypuszczając z ust dym papierosowy. – Dopiero, gdy Natasza… – Pokiwałam głową, starając się wyrzucić przypływ gniewu, który zaatakował każdą część mojego ciała.
– Obiecałeś, że mnie do siebie weźmiesz. Wiedziałeś przecież jaki z niego drań. To była twoja siostra!
– Nie byłaś jeszcze gotowa, kwiatuszku. Dałem ci swój numer. To ty nie zadzwoniłaś.
– Miałam tylko dwanaście lat! Nie wiedziałam co robić.
– Jesteś pewna, że gdybyś zamieszkała ze mną, twoje życie stałoby się lepsze?
– Tylko na tobie mogłam polegać, wujku.
– To twoja rodzina – skwitował. – Nadal możesz na mnie liczyć. Jestem na każde twoje zawołanie. Wesołych Świąt – powiedział, podnosząc się ze skórzanej kanapy.
Wiedziałam, że jeżeli teraz bez słowa pozwolę mu odejść, będę tego żałowała.
Podeszłam bliżej przepełniona nadzieją i zaufaniem. Przytuliłam się mocno, szepcąc:
– Kocham cię, wujku.
– Ja ciebie też, kwiatuszku.
Odprowadziłam go do drzwi, pragnąc by ten moment trwał jak najdłużej. Z całej rodziny, tylko z nim czułam więzy krwi.
– Jeżeli myślisz, że nie jestem świadom twoich wszystkich wyczynów, Mayu – powiedział – to nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz. Twój ojciec i Natasza martwili się o ciebie przez cały ten czas, nawet jeżeli tego nie okazywali. Kiedyś to zrozumiesz. Nie zostawiłem cię na pastwę losu, stokrotko.
Uśmiechnął się szeroko i ostatni raz przycisnął do swojej piersi w geście pożegnania.
– Do zobaczenia, Mayu.
Otworzyłam drzwi by wypuścić wujka na zewnątrz, ale po drugiej stronie progu stał kolejny gość, o którego wizycie kompletnie zapomniałam.
– Och, Adrian – zawołałam. – Racja, dzisiaj Wigilia.
Chociaż składałam już życzenia tamtego dnia, kompletnie nie dotarło do mnie, że święta naprawdę nadeszły.
– Cześć – powiedziałam, zamykając drzwi za wujkiem. Zmierzyłam Adriana przelotnym spojrzeniem. Miał na sobie modne dżinsy, białą koszulę, krawat i marynarkę. Był ubrany stosownie do okazji, a jednocześnie twarzowo.
– Jak zawsze – pomyślałam.
Podrapałam się po głowie i uświadomiłam sobie, że tamtego dnia nie korzystałam jeszcze z łazienki. Brudna, przesączona zapachem tandetnego alkoholu, nie nadawałam się do tego by zasiąść przy kolacji wigilijnej.
– Adrian – zaczęłam. – Muszę się iść umyć. Wiesz, rozgość się. Jak będziesz chciał coś pić, jeść to…
– Jasne – odparł z uśmiechem na twarzy. – Wszystko jest w kuchni.
– Właśnie – przytaknęłam. – W kuchni.
Udałam się na górę, gdzie starannie naszykowałam eleganckie ubranie, a następnie szczelnie zamknęłam w łazience. Świadomość, że Adrian znajdował się w moim domu, podczas gdy zamierzałam wziąć prysznic, wywoływała we mnie mieszane uczucia, z przewagą tych niepokojących. I chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że Adrian nie należał do ludzi, którzy pozwoliliby sobie na zbereźne posunięcie wprzód, wciąż niezręcznie było mi zdjąć z siebie ubranie i zanurzyć w wannie wypełnionej gorącą wodą. Odnosiłam wrażenie, że wciąż nie docierał do mnie fakt o jego powrocie do kraju. Że wciąż nie traktowałam go jako jednej i tej samej osoby. Nie utożsamiałam go z przyjacielem z dzieciństwa, ale z kimś zupełnie nowym. Z osobą, z którą zdążyła mnie połączyć bliżej nie zdefiniowana więź emocjonalna.
Nie wiedziałam jednak, dlaczego tak się stało.
W łazience rozniósł się aromat wiśniowego szamponu do włosów. Starannie spłukałam pianę, wypuściłam z wanny wodę, a następnie owinęłam się śnieżnobiałym, miękkim ręcznikiem. Przetarłam ręką zaparowane lustro, by przyjrzeć się swojemu odbiciu. Rysy mojej twarzy zmieniały się diametralnie. Z roku na rok coraz bardziej upodabniałam się do rodzicielki. Zastanawiałam się, czy ojciec dostrzega to podobieństwo. Czy ktokolwiek oprócz mnie je dostrzega. Otworzyłam drzwi od łazienki. Wychodząc z gorącego pomieszczenia uderzył mnie niemiły, chłodny podmuch wiatru. Ubrałam czystą, koronkową bieliznę oraz czarną, obcisłą sukienkę, którą zdążyłam naszykować przed kąpielą. Założyłam również białe pończochy, oraz czerwone, lakierkowe szpilki, które idealnie pasowały odcieniem, do koloru moich paznokci. Włosy starannie wysuszyłam, a następnie zostawiłam w artystycznym nieładzie, przepasając je czerwoną wstążką.
Jak zwykle, gdy schodziłam na dół towarzyszył mi skrzek drewnianych schodów uginających się pod ciężarem mojego ciała.
W salonie Adrian siedział na kremowej kanapie, oglądając świąteczne bajki emitowane przez program pierwszy. Nie miał na sobie ani krawata, ani marynarki. Obie te części jego garderoby wisiały na oparciu fotela.
– Jak chcesz, to w szufladzie są przygody Toma i Jerry’ego – skomentowałam zgryźliwie.
– Bardzo chętnie obejrzę – odpowiedział zupełnie niewzruszony, wyszczerzając białe zęby w infantylnym uśmiechu.
– Serio?
Z szafki pod telewizorem wyjęłam płytę DVD. Wspólnie zaczęliśmy oglądać bajki.
– Nie powiesz chyba, że od kiedy skończyłaś przedszkole, pożegnałaś się z filmami animowanymi.
– Właściwie, to w pewnym sensie prawda. Od dawna nie oglądam filmów dla dzieci.
– Żartujesz? Ja prawie cały czas – przyznał radośnie, wyciągając się na kanapie.
Nim się obejrzałam upłynęły dwie godziny. Dochodziło wczesne popołudnie.
– Adrian – mruknęłam – czas przygotować dom na Wigilię. Ojciec i Natasza nieprędko dzisiaj wrócą.
Wstałam, wyłączyłam telewizor i poszłam po zmiotkę, którą następnie zgarnęłam nieproszone igły, spadające z choinki.
Intensywna woń lasu unosiła się wewnątrz salonu, przyjemnie drażniąc moje nozdrza. Na białym, stylowym fotelu stało pudło ze świątecznymi ozdobami, które wujek Harry przyniósł ze strychu, oszczędzając mnie i mojemu ojcu poszukiwań pośród stosu rzeczy należących do rodzicielki. Stosu rzeczy, których wcale nie chcieliśmy oglądać. Zestaw czerwono-niebieskich bombek już czekał, żeby przyozdobić nimi choinkę, ustawioną tuż obok kominka.
Widząc moje spojrzenie skierowane w stronę marmurowego gzymsu, Adrian zaproponował:
– Może rozpalić ogień?
Po chwili wahania odparłam:
– Właściwie, czemu nie… Nikt nigdy w nim nie palił, a do czego niby służą kominki? Drewno jest zaraz przy wyjściu do ogrodu. – Wskazałam palcem w kierunku przeszklonych drzwi, skrytych pod brązowymi zasłonami, które sięgały jasnej posadzki.
Podczas gdy ja starannie i symetrycznie rozwieszałam ozdoby na świątecznym drzewku, Adrian starał się uporać z przemoczonym od śniegu drewnem. Po długim osuszaniu i przykrywaniu stertą starych gazet, w końcu udało mu się wskrzesić pierwszy niemrawy płomień, który ostatecznie wypełnił całą przestrzeń kominka.
– Wreszcie – westchnął Adrian, opadając ze zmęczeniem na kremową kanapę. – Już myślałem, że nigdy się nie uda.
– Świetnie – odparłam rozbawiona jego wyczerpaniem. Podniosłam jedną z gazet, których nie wykorzystał na opał, i rzuciłam nią z całej siły w jego kierunku, dodając przekonująco:
– A teraz nie ma odpoczynku, tylko pomóż mi rozwieszać lampki.
– Za jakie grzechy? – jęknął, zasłaniając twarz w obronnym geście. – Zaprosiliście mnie tutaj w roli czarnej, siły roboczej?
– A żebyś wiedział! Naiwny byłeś myśląc, że się u nas pożywisz. – Zaśmiałam się.
– A obiecali stół pełen smakołyków – mruknął z udawanym niesmakiem.
– Właśnie! – krzyknęłam przerażona. – Nie naszykowaliśmy stołu!
– Wszystko po kolei – odparł i wstał z kanapy. Przejął z moich rąk splątany sznur lampek, które usiłowałam wyjąć z pudełka. Rozplątując kolejne supły z marynarską wprawą, Adrian uśmiechał się pod nosem. Miałam chwilę dla siebie, by przyjrzeć mu się uważnie. Był średniego wzrostu, o idealnej muskulaturze, zgrabnych rękach oraz smukłych i męskich palcach. Jego doskonale wyrzeźbiony kark pokrywała złota opalenizna, skrywana pod krótkimi kosmykami, ciemnych, aksamitnych włosów. Zanim Adrian wrócił do kraju, nigdy nie zastanawiałam się nad tym jak wygląda teraz, po dwunastu latach od naszego ostatniego spotkania. Nieustannie wspominałam go jako pewnego siebie chłopca o pięknej twarzy. Twarzy, której zaufałoby nawet najbardziej podejrzliwe dziecko. Nigdy nie rozmyślałam o jego prawdopodobnych znajomych i prawdopodobnych osiągnięciach w nauce. Nie próbowałam zwizualizować przed oczami jego hiszpańskiego domu, ani odtworzyć hiszpańskich słów głosem jaki prawdopodobnie uzyskał po przejściu mutacji. Nie odczuwałam również zazdrości na myśl, że w wolnych chwilach chodzi ze zgrabnymi, opalonymi dziewczynami na pobliską plażę. Nie odczuwałam jej, ponieważ takie myśli, ani razu, nie przeszły przez moją głowę.
– Napatrzyłaś się już wystarczająco długo? – zapytał z rozbawieniem. Oblała mnie fala gorąca, oraz fala rumieńców. Odwróciłam się w bok, zakrywając twarz włosami.
– Zacznę nakrywać do stołu – odparłam. – Jak skończysz rozplątywać te supły, daj znać.
Szybkim krokiem udałam się w kierunku kuchni. Wyjęłam z lodówki, wszystkie potrawy, które Natasza przygotowała przed wyjazdem do szpitala. Niektóre z nich postanowiłam odgrzać, inne – takie jak sałatka jarzynowa – od razu postawiłam na stole, który chwilę wcześniej przykryłam świątecznym obrusem. Wyjęłam z komody świecznik, oraz świeczki w kolorze burgunda, a także zapalniczkę, by w każdym momencie, móc zapalić stołowe ozdoby. Starannie ułożyłam serwetki z boku każdego talerza, a na nich z kolei złote sztućce, które zazwyczaj były wyjmowane jedynie na specjalne okazje.
– Wydaje mi się, że rozplątałem ten węzeł – z dumą w głosie oznajmił Adrian.
Wróciłam do salonu by pomóc mu w rozwieszaniu świątecznych lampek.
– Poradzę sobie – powiedział. – A ty możesz…
– Wracać do kuchni tam gdzie twoje miejsce? – dokończyłam, unosząc brwi w sceptycznym spojrzeniu. – Nie wydaje mi się. Zaraz ty będziesz szorował do garów.
Parsknął śmiechem, przystając na mój rozkaz. Wręczył mi do ręki lampki choinkowe, a sam ruszył w kierunku kuchni.
– Czekaj – mruknęłam. – Sama nie dam rady. Jest za wysoko.
Przystanął, odwrócił się i skrzyżował ramiona na wysokości piersi, przyglądając mi się z drwiną.
– To nie jest śmieszne – wysyczałam przez zęby.
– W zasadzie to mogłabyś przyznać przed samą sobą, że owszem, jest – powiedział, pomagając mi w zawieszeniu lampek.
Na dworze zaczynało się ściemniać. Z okna widać było pochmurne niebo, zapowiadające długotrwałą śnieżycę. Gdy uporaliśmy się z nieznośnymi lampkami, oraz małopraktyczną choinką, przeszliśmy do jadalni, by skończyć szykowanie wigilijnego stołu. Pachnące potrawy bynajmniej nie ułatwiały nam wstrzymywania się z posiłkiem do pierwszej gwiazdki. Mimo wszystko, postanowiliśmy być wytrwali.
Wyszykowani do rodzinnego spotkania, przygotowani psychicznie na powrót ojca i Nataszy, zasiedliśmy na kremowej kanapie, wpatrując się w ogień trzaskający w kominku wraz z towarzyszącym nam milczeniem.
– Nie przyjdą – rzuciłam pusto w przestrzeń.
– Maya…
– Nie. Nie musisz. – Wyciągnęłam rękę w protestacyjnym geście, by powstrzymać go przed nieszczerymi usprawiedliwieniami. – Wiem, że tak będzie.
– Nawet jeżeli masz rację, to nie powód żeby spędzać święta, siedząc posępnie na kanapie.
– Jakieś propozycje? – spytałam.
Spojrzał na mnie ze znaczącym uśmiechem, uśmiechem, który mówił:
– Zróbmy coś niegrzecznego.
– Myślałam, że chcesz powstrzymywać mnie przed rzeczami tego typu – zauważyłam.
– Są sytuacje zwane wyjątkami.
Wiedziałam czego mam szukać. Odkąd sięgam pamięcią, ojciec zawsze trzymał w barku najlepszy alkohol. Zwłaszcza whisky. Dlatego właśnie, udałam się do jego gabinetu, który znajdował się na parterze, na końcu korytarza – by przynieść dwie półlitrowe butelki Jacka Danielsa.
– No proszę. – Adrian zagwizdał.
Poszedł do kuchni po kostki lodu oraz specjalne szklaneczki, a gdy wrócił oboje z powrotem usiedliśmy na kanapie by móc w spokoju delektować się smakiem firmowego trunku.
– Jak tam jest? – zapytałam.
– Tam? – zdziwił się Adrian, chociaż wiedział co miałam na myśli.
– Tam. W Hiszpanii – wyjaśniłam.
– Z jednej strony tak samo, z innej zupełnie inaczej – odparł.
– Opowiedz mi o tym – poprosiłam.
– Nie ma o czym mówić – zaśmiał się. – W ciągu roku szkolnego mieszkamy z rodzicami w Madrycie, a gdy zaczyna się prawdziwy sezon turystyczny, jedziemy do L’Estartit, gdzie mamy pensjonat, oraz mały domek tuż nad plażą. L’Estartit znajduje się czterdzieści kilometrów od Francji, więc często odwiedzamy przygraniczne miasteczka. Lubię tam jeździć i pomagać im w prowadzeniu interesu, to znacznie przyjemniejsze od chodzenia do szkoły, nawet pomimo tego, że ludzie są tam wyjątkowo otwarci i sympatyczni. Przyznaję, latem w Hiszpanii panują takie upały, że czasem nie daję rady, ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. No i ciężko jest się przestawić z hiszpańskiego na kataloński po dziewięciu miesiącach spędzonych w Madrycie.
– Który kraj jest lepszy?
– Oh, Maya. Nie da się odpowiedzieć na to pytanie. Zarówno Polska jak i Hiszpania ma swój własny urok. Mimo wszystko, tam się wychowałem. To Hiszpania jest moim rodzinnym krajem.
Gdy przez dłuższy czas nie odpowiadałam, zaczął kontynuować:
– W L’Estartit mamy też fajny klub. Rancho. Często tam chodzimy ze znajomymi. Jeżeli będziesz chciała, możemy tam kiedyś pójść.
– Dzięki – odparłam. – Wystarczająco dużo klubów mam tu, w Łodzi.
Gdy opróżniliśmy pierwsza butelkę, przestało nam zależeć na starannym wypełnianiu szklanek, tak by zawartość alkoholu była proporcjonalna do ilości lodu. Zaczęliśmy pić z gwintu, zastanawiając się czy ktoś zauważy, gdy zjemy ostygłe pierogi ze świątecznego stołu. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jedna rzecz mniej do późniejszego odgrzewania nikomu nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie – ułatwi sprawę. Jedząc pierogi palcami, popijając je whisky i skacząc na kanapie, zupełnie zapomnieliśmy o tym, że na niebie pojawiła się już pierwsza, druga, a nawet enta gwiazdka. Włączyliśmy radio i słuchaliśmy świątecznych piosenek, udając, że tańczymy w balecie na uginających się pod nami poduchach. Szklaną butelkę opróżniłam do końca, a następnie wrzuciłam ją pod fotel.
Zatoczyłam się niezdarnie i przetoczyłam przez oparcie kanapy z ciężkim grzmotem upadając na podłogę.
– Ała – jęknęłam masując swoje ramię.
– Chyba za dużo wypiłaś – zauważył Adrian chwytając jedną z jasnych poduch, po czym wycelował nią prosto w moją twarz, zaraz po tym, gdy wreszcie udało mi się usiąść. – Na dzisiaj wystarczy tego szaleństwa – oznajmił.
– Ooo! Nie wierzę! – krzyknęłam, odgarniając jedno z pasemek, które przyczepiło się do moich ust. – Pożałujesz tego!
Chwyciłam dłoń Adriana swobodnie zwisającą z oparcia kanapy, a następnie pociągnęłam ją z całej siły, powodując, że i on w chwilę później znalazł się na podłodze.
– Nie chce nawet myśleć o tym co mnie jeszcze czeka – powiedział żartobliwie. Ponownie chwycił białą poduszkę i przymierzył się do kolejnego ataku. W ostatniej chwili zrezygnował ze swojej brutalnej taktyki, zamiast tego przybliżył swoją twarz do mojej na taką odległość, że bez trudu wyczuwałam jego oddech na swoim policzku.
– Może da się jeszcze załagodzić sprawę, hm?
Jego słowa były tak delikatne i tak szorstkie za razem, że całe moje ciało – od cebulek włosów, aż po paznokcie u stóp – przeszła fala dreszczy. Wiedziałam do czego zmierza, chociaż zupełnie nie byłam na to przygotowana.
Chciałam powiedzieć:
– Nie tu, nie teraz – ale mój głos uwiązł w gardle. Zarówno on, jak i sparaliżowane ciało odebrało mi szanse na stanowcze wstrzymanie posuwającej się naprzód sytuacji. Lecz kiedy Adrian w uspakajającym geście położył swoją dłoń na moim kolanie, wpatrując się głęboko w moje oczy, cały niepokój minął. Ulotnił się gdzieś w nieznane.
Jego dłoń ostrożnie, powoli, delikatnie przesunęła się z kolana, wzdłuż uda, zatapiając pod czarną sukienką. Opuszkami palców drugiej dłoni muskał moje nagie ramie pokryte gęsią skórką.
Nie miałam już żadnych wątpliwości. Rozchyliłam niepewnie usta przybliżając się do jego twarzy. Chwile później odpływałam do innego świata pod wpływem, subtelnych pocałunków, które stopniowo zamieniały się w namiętne. Teraz, jego obie dłonie wodziły wzdłuż moich żeber, pleców, ramion, by ostatecznie zatopić się we włosach i przyciągnąć mnie bliżej do jego męskiego ciała. Objęłam ramionami jego kark i poczułam jak coraz pewniej, coraz mocniej napiera na moje delikatne ciało. Przeniósł swoje stanowcze pocałunki z ust, na szyję oraz obojczyki. Chwilę później oderwał ode mnie szorstkie usta by dokładnie przyjrzeć się mojej twarzy. Dłuższy czas lustrował ją dokładnie, jakby szukał na niej odpowiedzi, jakby analizował każdy mój gest. Subtelnie rozwiązał czerwoną wstążkę, która ostatnimi siłami trzymała się na mojej głowie, a następnie zsunął ją przeciągle wzdłuż mojego karku, ramienia i biustu. Kilka sekund później, powrócił do wcześniejszych zajęć. W namiętnym pocałunku przycisnął mnie do zimnej, marmurowej posadzki. Ogrzewał nas ogień, wesoło trzaskający w kominku, który znajdował się tuż obok.
Ostrożnie rozpięłam guziki jego białej koszuli wodząc dłońmi po twardym torsie. Pod palcami wyczuwałam przyspieszone bicie jego serca. Zsunęłam dłonie w kierunku dżinsowych spodni by rozpiąć jego rozporek. Chwile później, chwycił moje nadgarstki w pewnym uścisku, przełożył je do jednej dłoni, przyciskając do zimnych posadzek ponad moją głową. Drugą, wolną dłon wsunął pod sukienkę, gotowy do ostateczności. Rozsunęłam nogi i poczułam kolejne pocałunki, którymi obsypywał moją szyję, a gdy otworzyłam usta, by wydobyć z siebie głośne i długie westchnięcie, pocałunki te przeniosły się właśnie tam, powstrzymując mnie przed wydobyciem jakiegokolwiek dźwięku. Oplotłam jego tułów swoimi nogami, i wtedy zupełnie odpłynęłam.
Siedzieliśmy przy kominku pijąc gorącą czekoladę. Ubrana byłam w jego białą koszulę, on zaledwie w bokserki. To dlatego, tak gwałtownie zerwałam się z podłogi, gdy usłyszałam dźwięk parkującego na podjeździe samochodu. Zgarniając wszystkie ubrania walające się po salonie, oraz puste butelki po Jacku Danielsie, pobiegłam w kierunku własnego pokoju, ciągnąć za sobą Adriana. Gdy klucz w drzwiach przekręcił się, a do domu weszła cała ich trójka, wcale nie zdziwiło mnie nagłe potknięcie się na schodach, gdy pędem próbowałam wbiec na górę. Adrian zabrał ode mnie rzeczy i skrył się za drzwiami mojej sypialni, kiedy starałam zachowywać się jak gdyby nic, stojąc nieudacznie w połowie schodów, ubrana zaledwie w koszulę.
– Cześć – usłyszałam. – Już jesteśmy.
Pierwsza moim oczom ukazała się Wiktoria, która wcale nie kryła zaskoczenia na widok mojego negliżu.
– Dlaczego jesteś…
– Cześć, Wiki! – krzyknęłam radośnie, niedopuszczając jej do głosu. – Jak się czujesz? Lepiej?
– Jasne, że lepiej – odparła. – Całkiem zdrowo.
– Och, już znowu nie przesadzaj – powiedziała Natasza. – Do pełni zdrowia dużo ci jeszcze brakuje.
– Nie prawda. Niedługo będziemy mogli karmić kaczki, prawda Mayu?
– Oczywiście – odparłam.
Gdy ojciec powiesił swój płaszcz, udał się w kierunku gabinetu, zupełnie ignorując moją obecność. Natasza natomiast mój ubiór – a w zasadzie jego brak – skwitowała uśmieszkiem mówiącym:
– Haha, wiedziałam, że tak będzie. Mam nadzieję, że chociaż odrobinę przyczyniłam się do tego.
– Cóż – jęknęłam. – To ja chyba teraz pójdę do mojego pokoju.
Chwilę później już mnie tam nie było.
Oddałam Adrianowi jego koszulę, a sama niezręcznie ubrałam swoją czarną sukienkę. Poprawiłam włosy, makijaż i razem zeszliśmy na dół, by wreszcie zasiąść do wigilijnej kolacji, która niestety wymagała ponownego odgrzania. Gdy ponownie zjawiliśmy się w salonie, czekała nas miła niespodzianka – prezenty gwiazdkowe leżące pod choinką.
– To dla ciebie, bonita – powiedział Adrian, wręczając mi mały upominek. Ten jednak wyjął nie spod drzewka, lecz z kieszeni swojej marynarki, wiszącej na oparciu fotela.